Samolot ląduje na lotnisku w Sydney, w styczniu 2005 roku. Po załatwieniu formalności przylotowych wychodzę z budynku i... doznaję szoku termicznego.
Organizm "wycięty" w środku zimy z Polski, "wklejony" zostaje nagle w środku lata do Australii. Tak zaczyna się moja przygoda po drugiej stronie globu.

W Australii spędziłem dwa i pół roku, pracując, podróżując i wtapiając się w różne środowiska i grupy społeczne. Choć mogłoby się wydawać, że to dość długi okres "wycięty z życiorysu", dał mi on tak wiele, że nigdy nie zamieniłbym go na cokolwiek innego.
Dla człowieka udającego się do Australii "w ciemno", pierwszy okres pobytu jest oczywiście dość trudny i wymagający, jednak po pewnym czasie utrwala się wrażenie przebywania na nieustających wakacjach.
Dokumentację fotograficzną rozpocząłem niestety dopiero po kilku miesiącach, kiedy kupiłem aparat. Nic jednak straconego - postarałem się, by nadrobić te straty.
Przy pisaniu wspomnień Australii, przyjąć muszę z konieczności nieco inną formę redagowania, niż w przypadku pozostałych krajów.
Opierać się on będzie na zdjęciach umieszczonych chronologicznie, a nie tematycznie, dlatego wiele tematów poruszanych zostanie kilkukrotnie i rozwijanych przy okazji podejścia do nich w innym czasie i z innej strony.
Zapraszam zatem na obszerną relację z niesamowitej Australii!

Jednym z najważniejszych elementów, które pozwoliły mi skutecznie zmagać się z przeciwnościami losu na początku mojego pobytu w całkowicie obcym kraju, było wsparcie rodziny. Chciałbym podziękować moim bliskim za to, że mimo ogromnej odległości oraz różnicy czasowej, zawsze byli ze mną sercem.
Oto budka telefoniczna, z której dzwoniłem do Polski. W Australii istnieje rozbudowany rynek telekomunikacyjny - wielu przedsiębiorców oferuje bardzo tanie połączenia międzynarodowe. Jedna minuta połączenia kosztuje kilka centów.
Aby skorzystać z takiej usługi należy wykupić odpowiednią kartę i przed wybraniem numeru wprowadzić skomplikowany kod liczbowy.

Doki promów w Circular Quay (Koliste nabrzeże) - jednego z najbardziej znanych punktów Sydney. Sieć połączeń wodnych w Sydney Harbour (Zatoce sydnejskiej) jest bardzo rozbudowana.
Przewóz pasażerów obsługiwany jest przez zwyczajne barki oraz widoczne po prawej stronie zdjęcia, łodzie ekspresowe. Tym pierwszym dotarcie do Manly zajmuje 45 minut, drugim - 15.

Zarys budynku opery w Sydney jest tak charakterystyczny, że trudno jest go nie rozpoznać. Dziś jest on ikoną miasta znaną na całym świecie, jednak historia jego powstania wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i problemami, które w pewnym momencie zagroziły jego zrealizowaniu.
Na szczęście problemy przezwyciężono i w roku 1973 ukończono budowę przekraczając założony budżet... czternastokrotnie!

Nie każdy zdaje sobie sprawę, że powierzchnia dachu, kształtem przypominająca wypełnione wiatrem żagle, nie jest jednolita, a pokryta płytkami, co widać dopiero z małej odległości.

Przed wybudowaniem Opery, najbardziej charakterystycznym dla miasta elementem był Most zatokowy (Harbour Bridge) widoczny w tle.
Aby nie być darmozjadem (czy też po prostu nie umrzeć z głodu), należało zarobić na swoje utrzymanie.

Pierwsza moja praca polegała na podkopywaniu fundamentów budynków w małych odcinkach, usuwaniu piasku oraz gliny, budowaniu deskowania, zbrojeniu i wypełnianiu utworzonej przestrzeni betonem.

I niech widoczna na zdjęciu koparka nie będzie myląca - mam na myśli ręczne kopanie.

Możnaby pomyśleć - w jakim celu robić coś takiego? Odpowiedź jest prosta.
Domy budowane w Sydney na początku wieku nie miały fundamentów w konstrukcyjnym rozumieniu tego słowa.

Dolna ich część budowana była z kamieni posadowionych bezpośrednio na gliniastym lub piaskowym podłożu, a rzadziej na skale.

Po pewnym czasie, budynki zaczęły się osuwać i przemieszczać, dlatego opracowano bardzo prymitywną, jednak skuteczną metodę, zwaną underpiningiem.

Każda praca ma swoje wady i zalety. Jaka może być zaleta tej, polegającej na siedzeniu w ziemi przez cały dzień, drążeniu gruntu za pomocą ciężkiego młota pneumatycznego (często trzymając go ponad głową), a wszystko to w temperaturze często przekraczającej 30 stopni Celsjusza?

Dla mnie było nią ćwiczenie fizyczne na świeżym powietrzu w akompaniamencie audycji radiowych, podczas słuchania których osłuchiwałem się z australijską wymową języka angielskiego.

Kolega "po łopacie" - Allen.
Przed wyjazdem przestrzegano mnie przed wieloma groźnymi zwierzętami, które czekają tylko, by pożreć niespodziewającego się niczego cudzoziemca.
Węże, pająki, skorpiony, komary, karaluchy, pluskwy... To prawda - wszystkie te zwierzęta występują w mieście, jednak zagrożenie z ich strony jest znikome. Aby zabezpieczyć się przed kłopotami wystarczy odribina zdrowego rozsądku.

Jeśli jednak komuś go brakuje i dotyka pająków wielkości dłoni (to nie jest przenośnia literacka - pająk handsman, jak jego nazwa wskazuje, razem z odnóżami osiąga rozmiar około piętnastu centymetrów), robi to na własne ryzyko.
Na szczęście handsman nie jest groźny dla człowieka, o czym przekonałem się na własnej skórze.
Pewnego dnia, zaraz po przebudzeniu, mój wzrok padł na wielkiego pająka, siedzącego sobie jakby nigdy nic na ścianie w moim pokoju.
Kiedy przyłożyłem do ściany dłoń chcąc uzyskać odnośnik skali, pająk doskoczył do niej, sprawdził, z czym ma do czynienia i odskoczył na swoje miejsce, zanim zdążyłem zareagować, nie wyrządzając mi przy tym żadnej krzywdy.

Bardzo powszechnie występującym w Sydney zwierzęciem jest Blattella germanica, czyli karaluch niemiecki. Dla mnie - biegający daktyl (oczywiście nie z konsumpcyjnego punktu widzenia).

Na szczęście życie zwierzęce w mieście nie kończy się na tych mało przyjemnych stworzeniach. Oto jeden z rodzajów ibisa, powszechny, niczym wróble w Polsce.
Jednym z najbardziej znanych i popularnych wśród międzynarodowych turystów miejsc jest dzielnica Bondi położona przy plaży o tej samej nazwie. Tutaj też "ląduje" większość ludzi przybywających do Australii, aby pracą w restauracjach i kawiarniach zarobić na podróż po kraju.

To dobre rozwiązanie na początek, gdyż pracę dostać tu łatwo, również "legalnie inaczej".

Co pewien czas Urząd Imigracyjny organizuje "naloty", podczas których aresztowana jest niejednokrotnie połowa personelu. Nielegalne przebywanie w Australii (nie mówiąc już o pracy) to nierozsądne rozwiązanie, gdyż kwestie te traktowane są tu bardzo restrykcyjnie.
Nikt nie "patyczkuje" się z ludźmi łamiącymi prawo. W przypadku stwierdzenia nieprawidłowości wizowych, delikwent jest natychmiast zatrzymywany i przenoszony do izby zatrzymań (Detention Centre) w Villawood, skąd bezpośrednio, przy minimalnej możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym, na własny koszt odsyłany jest do swojego kraju pierwszym możliwym samolotem.

Praca w charakterze kelnera, zmywacza czy barmana jest bardzo ciężka i źle opłacana.

Ze względu na sprzyjające ukształtowanie dna morskiego, plaża Bondi stanowi znakomite miejsce treningu dla surferów. Pływanie na desce (jak zresztą i bardzo wiele innych sportów) jest bardzo popularne wśród Australijczyków.
Pracownicy biurowi niezależnie od pory roku wczesnym rankiem udają się na plażę, aby po złapaniu kilku fal przebrać się i popędzić do pracy na godzinę dziewiątą.



Bardzo duża część mieszkańców Sydney unika zgiełku Bondi wybierając inne plaże, których w mieście nie brakuje.
Pozostając przy linii nabrzeża i kierując się w prawo można udać się na bardzo przyjemny spacer po klifach, przerywanych kolejnymi plażami - Tamarama, Bronte (wspaniała do nurkowania z rurką) i Clovelly.
Piękne piaszczyste plaże ograniczają miasto na niemalże całej jego linii brzegowej, jest więc w czym wybierać.

Zawsze zastanawiałem się, czy tylko ja widzę w tym kamieniu chomika.

Ze względu na doskonałe warunki pogodowe, przeważająca część zajęć wychowania fizycznego odbywa się na świeżym powietrzu.
Dzieciaki grają nawet w krykieta, częściej jednak w football, który w przeciwieństwie do europejskiego sokera, bardziej zbliżony jest do futbolu amerykańskiego przypominającego z kolei angielskie rugby).

Jedzenie w Australii jest... dwojakie. W przeciętnych sklepach i supermarketach jakość produktów spożywczych przetworzonych, ale również świeżych, jest zastraszająco niska. Wędliny trącą tekturą, owoce nie mają smaku, a z etykiet soków można niemalże wyuczyć się tablicy Mendelejewa.
Z drugiej strony istnieją wyspecjalizowane sklepy, gdzie po znacznie wyższej cenie dostać można produkty znakomitej jakości. Mimo wysokiej stopy życiowej, przeciętnego Australijczyka nie stać jednak, aby korzystać z nich na codzień.
Cóż... taka jest cena rozwoju gospodarczego. Przypuszczam, że za kilka(naście) lat i nas to dosięgnie.
Jeśli weźmiemy pod uwagę produkty naturalne, a unikać będziemy "plastikowych" wynalazków, powiedzieć można, że żywność w Polsce jest bardzo dobra.

Niestety Wonderland już nie istnieje. Szkoda, bo był to bardzo urozmaicony park zabaw.
Można było tam spędzić cały dzień bawiąc się na zjeżdżalniach wodnych, sztucznych rzekach i innych mokrych atrakcjach, jak również rolercosterach, kolejkach, karuzelach i wszelkich innych urządzeniach wytrącających ludzi z ich codziennej horyzontalnej rutyny.

W dzielnicach zamieszkałych przez backpakersów (bardzo proszę o pomoc w znalezieniu polskiego odpowiednika tego słowa) powszechnym zjawiskiem jest "wystawka".
Zgodnie z porzekadłem mówiącym, że "czyjeś śmieci mogą być czyimś skarbem (Somebody's junk is somebody's treasure), sprawne przedmioty codziennego użytku, takie jek radia, lodówki i meble niepotrzebne tym, którzy mają ochotę wymienić je na nowsze i lepsze, wystawiane są na ulicę, aby ludzie zatrzymujący się w mieście na kilka dni lub tygodni mogli wzbogacić wyposażenie wynajmowanych przez siebie mieszkań.

Christmas Cave to nic innego jak jeden ze sklepów zajmujących się sprzedażą akcesoriów związanych ze świętami Bożego Narodzenia.
Te odbywają się przecież jednak raz w roku, dlatego do dziś zastanawiam się, w jaki sposób takie przedsięwzięcie może być opłacalne.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.







