
Transport wodny odgrywa w Sydney bardzo ważną rolę. Do portu przybijają statki pasażerskie i towarowe (czasem nawet duże okręty wojenne), wybrzeża północne i południowe połączone są siecią promów, a w zatokach roi się od żaglówek.

W tle - Sydney Lunapark, położony na półwyspie Dawes Point, pomiędzy The Rocks i Millers Point. To park rozrywki działający od ponad 70 lat.
Po prawej stronie regularny prom (Sydney Ferry).

Jak wiadomo, ryby nie lubią leżakować (chyba, że mówimy o suszonych rybach lub kalmarach, które dostać można w Korei, Japonii i prawdopodobnie innych krajach Azji). Dlatego też zanim kuter dopłynie do brzegu, schwytana partia umieszczana jest w lodzie, którego temperaturę utrzymuje pomieszczenie chłodnicze.
Po bokach kutra widoczne są zewnętrzne wymienniki ciepła instalacji chłodniczej.

Samotna żaglówka w towarzystwie frachtowca typu Pioneer Runner wygląda dość niepozornie.

Akweny wodne oznaczone są latarniami morskimi takimi jak ta...

...lub nieco bardziej nowoczesnymi, jak ta, napędzana bateriami słonecznymi.

Szyld reklamujący warsztat samochodowy przy Bondi Road mówi "Smash Repairs", czyli naprawy pokolizyjne. Prościej mówiąc - klepanie blachy.

Przedmieścia Sydney potrafią być bardzo do siebie podobne. Parterowe domki, supermarket, szkoła, boisko do krykieta, posterunek policji, stacja kolejowa.

Z wizytą u znajomych. George, czyli Jurek, prezentuje okazały steak gotowy do grillowania.

Trzy polskie kluby w dzielnicach Bankstown, Ashfield i Cabramatta podtrzymują nostalgię za krajem u starych i młodych emigrantów. Jako "grający" występowałem z polskimi zespołami w każdym z nich.
Klimat jest niepowtarzalny - gra się oczywiście przeboje typu "Kapitańskie tango", czy "Hej, sokoły", jednak warto to robić widząc radość na twarzach ludzi, którzy od wielu lat nie mieli możliwości wizyty w swoim kraju.

Parada zorganizowana przez założoną w Chinach szkołę medytacji i samodoskonalenia Falun Dafa (lub Falun Gong) przemierza George Street.



W budynku położonym przy ulicy Castlefield, bocznej Bondi Road, w dzielnicy Bondi, znalazłem swoje pierwsze mieszkanie. Dzielnica ta zamieszkiwana jest w dużej części przez wynajmujących lokum turystów. Z pewnością ma swój niepowtarzalny charakter.

Meble pochodzą z "wystawki", komputer też. Dla ludzi, którzy zaczynają swoją przygodę z Australią, bądź zatrzymują się tutaj na stosunkowo krótki, wakacyjny okres, "wystawka" jest znakomitą metodą zaopatrywania się w artykuły powszechnego użytku.
Ci sami ludzie, kiedy zaakomodują się w mieście, służą innym wystawiając niepotrzebne, ale całkowicie sprawne przedmioty.

Charakter dzielnicy przypominającej młodzieżowy campus nie sprzyja indywidualnym zakupom tak wysublimowanego sprzętu, jakim jest pralka automatyczna. W okolicy działa wiele pralni publicznych, gdzie ludzie spotykają się, gawędzą, a często zawierają bliskie znajomości.


Powoli nadchodzi jesień. Liście żółkną, ale jeszcze długo będzie ciepło i słonecznie.



Bondi Junction - węzeł kolejowo-autobusowy. Można tu spotkać się w restauracji lub zjeść szybki posiłek w azjatyckim take-away, pójść na zakupy do spożywczych supermarketów jak Coles czy Woolworths, pobuszować po galerii sklepów Westfield i załatwić wiele innych spraw.

Sieć autobusów Sydney Buses obsługiwana jest zarówno przez mężczyzn jak i przez kobiety. Bilet kupuje się u kierowcy, ale można też wykupić karnet okresowy w cenie zależnej od ilości objętych przez niego stref.

Park Stuletni (Centannial Park) jest na tyle rozległy, że można się w nim poruszać samochodem. Na szczęście ludzie nie nadużywają takiej możliwości, dlatego obcowanie z przyrodą odbywa sie tu zazwyczaj bez przeszkód.

Mobile Hydrobath? Kto chciałby kąpać się pod prysznicem w przyczepce, w miejscu publicznym?

Pewnie nikt, ale pieski nie mają wyboru, kiedy ich właściciele uznają, że już najwyższy czas, by wypucować futro.

Jeszcze jedno spojrzenie na Darling Harbour. Pomalowany w żółto-czarną kratę stożek na początku molo, to część budynku IMAX, trójwymiarowego kina, o którym pisałem w części drugiej.

Święto z okazji urodzin Buddy.

Nie trzeba chyba przypominać, że artykułom spożywczym dostępnym w australijskich supermarketach wiele brakuje, aby z czystym sumieniem nazwać je smacznymi. Niby-polski chleb żytni sprzedawany jest pod nazwą "Poznanski".

Zaletą tych marketów jest dostępność owoców, których w Polsce prawdopodobnie w ogóle nie można kupić.
Powyżej - rambutan, czyli śliwka chińska. Rośnie w Malezji, Indonezji, Tajlandii i na Filipinach. Obok feijoa rosnąca w Nowej Zelandii. Zastanawiać się można, dlaczego nie są one dostępne w polskich sklepach.
Być może dlatego, że nie są one dość smaczne, aby osłabić pozycję pomarańczy, bananów i jabłek.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








