Po załatwieniu formalności hotelowych, wychodzimy by pozwiedzać okolicę. W pierwszej chwili nie rozumiemy, co się wokół nas dzieje. Gdzie my jesteśmy?

Zgiełk, harmider, petardy wybuchające na każdym kroku, nigdy niemilknące klaksony, wszechobecne śmieci, brud... Czy tak wyglądać będzie nasze następne cztery i pół tygodnia?

Z drugiej strony jednak wszystko, co widzimy jest tak różne od znanego nam otoczenia, że zafascynowani ruszamy rześko w głąb uliczek stolicy kraju.

Życie toczy się tu na ulicy. I nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, że większość mieszkań to ciemne nory, często pozbawione okien.

Ani przez chwilę nie żałujemy jednak, naszego wyboru. Przecież przylecieliśmy tu właśnie po to, żeby poznać Indie, spróbować choć częściowo je zrozumieć i z perspektywy zdobytych doświadczeń spojrzeć na nasz własny kraj.

Handlarze nie ustają w wysiłkach nakłonienia jak największej ilości przechodniów na skorzystanie z ich usług. Inni, "wolne elektrony" stoją w grupkach odurzając się tytoniem, którego się nie pali, lecz wkłada pomiędzy dolną wargę a dziąsła czekając, aż nikotyna się uwolni.
Inni z małych, metalowych kubków popijają herbatę. Jak się później okażą, bardzo słodką i zawsze z mlekiem prosto od krowy.

Tylko my jesteśmy tu obcy. Nasze czyste ubrania i białe twarze to magnes dla każdego rikszarza, sklepikarza i mijanego przechodnia. Jeśli nie chcą nam niczego sprzedać, zapytają przynajmniej skąd pochodzimy i jak się nazywamy.

W ulicznych jadłodajniach przygotowywane są posiłki, w wielkich metalowych naczyniach, na gorącym oleju smażą się lokalne słodycze. Wszyscy sprawiają wrażenie, jakby doskonale się znali.

Naszego pierwszego doświadczenia kulinarnego nie chcemy zaczynać na ulicy. Pomni ostrzeżeń o obcej florze bakteryjnej i zgubnych konsekwencjach wprowadzenia jej do naszych nieprzygotowanych organizmów, zamierzmamy powoli i stopniowo sobie ją przyswoić, zaczynając od jogurtów i gotowanego jedzenia.

Na uliczne smakołyki przyjdzie jeszcze czas.




Dotarliśmy cali i zdrowi, wszystko w porządku, jesteśmy bezpieczni. Taki komunikat wysyłamy rodzinie, żeby zażegnać wszelki niepokój.
Internet jest tu łatwo dostępny, niestety działa tak powoli, że szybciej do Polski dotarłby chyba list wysłany tradycyjną pocztą.


Nie zamierzamy spędzać teraz zbyt wiele czasu w Delhi. Pozostawimy je sobie na koniec. Nie tracimy jednak czasu i pierwszego wieczora idziemy do dworca głównego, zarezerwować sobie bilety kolejowe.

Wiemy, że mamy kierować się do międzynarodowego biura turystycznego (International Tourist Bureau), o którym pisałem w części pierwszej.
Choć nie wiemy dokładnie, dokąd iść, wbrew mniej lub bardziej natarczywym zaczepkom wszelkiej maści koników i naganaiczy, przemy bezwzględnie naprzód, starając się sprawiać wrażenie, że drogę znamy doskonale.

Biuro okazuje się jednak zamknięte, ze względu na święto, o czym informuje nas strażnik. Trudno, przyjdziemy nazajutrz.
Skoro już tu jesteśmy, rozejrzyjmy się...

Żebractwo jest bardzo "popularnym" zawodem w Indiach. Powszechnym do tego stopnia, że wielu ludzi świadomie się okalecza, robi to również ze swoimi dziećmi, ponosząc tę ofiarę w poczet przyszłych zarobków.

Od pierwszej chwili pobytu w Indiach, odnosimy wrażenie, że odbyliśmy podróż w czasie i wylądowaliśmy gdzieś w bliżej nieokreślonej przeszłości, zawieszeni pomiędzy XIX a XXI wiekiem.




Co krok utwierdzamy się w przekonaniu, że naszym udziałem stała się możliwość spojrzenia na świat oczami dawnych odkrywców.

Jedynie reklamy i szyldy sklepów przypominają, że wciąż jesteśmy w XXI wieku.

Wokół nas rozpoczyna się święto. Bardzo huczne święto. Ale o tym w następnym odcinku.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








