Kiedy wysiadamy z rowerowej rykszy w pobliżu dworca autobusowego w Satnie, jak spod ziemi wyłania się kilku taksówkarzy, którzy w sposób nie pozostawiający wątpliwości wobec ich intencji, nachalnie oferują swoje usługi.

Nie ma tu miejsca na sentymenty, chwila wahania może kosztować utratę cennego zarobku. Kto pierwszy, ten lepszy.

Życie taksówkarzy to ciągła walka. Przy odrobinie szczęścia może udać się im uzyskać pierwszą zaproponowaną cenę, z oczywistych względów mocno zawyżoną.

Zaoferowano nam przejazd do Kadżuraho za "jedyne" 1200 Rupii. Na szczęście dla nas i pechowo dla zagryzających nerwowo wargi kierowców, wiemy, że możemy się tam dostać autobusem za... 90 Rupii.

Nie przeraża nas nawet częściowo spalony, szczerzący się wybitymi szybami i połamanymi okiennicami dworzec-widmo.
Przekonanie o tym, że wszyscy biali to "chodzące portfele" czasem okazuje się zawodne. Zawsze warto jednak próbować, prawda?

Szczególnie, jeśli w alternatywie pozostaje kłopotliwa usługa według lokalnej taryfy.


Pozostał jeszcze załadunek bagażu. W Azji należy liczyć się z tym, że przestrzeń ładunkowa środków transportu znajduje się najczęściej powyżej dachu.
W związku z tym konieczna jest poprawka na warunki klimatyczne oraz "lepkie palce" nieuczciwych pasażerów. Podróżując z jednym trzydziestolitrowym plecakiem i drugim znacznie mniejszym (sprzęt fotograficzny), unikamy tego kłopotu.


Stan techniczny pojazdów każe nam zrewidować naszą decyzję. Podejmujemy silne postanowienie, by podczas jazdy nie opuszczać raz zajętych miejsc, aż do końca trasy. W ten sposób unikamy ryzyka przebicia zardzewiałej podłogi nogą i wylądowania na jezdni.

Powoli nabieramy też przekonania, że autobusy niskopodłogowe to kuriozalny wytwór zdegenerowanej kultury zachodu.

Autobus poddany zostaje pobieżnej kontroli technicznej, która polega na opukaniu kół kluczem. Dla większego komfortu podróżnych, chłopiec wyposażony w kawałek szmaty poleruje szyby. Ruszamy.

Podróż trwa cztery godziny, co po przeliczeniu na rozciągalny czas indyjski (Indian Expandable Time), wydaje się zaledwie chwilą.

Na dworcu w Kadżuraho czeka nas kolejna dawka zdecydowanego targowania. To małe miasto, dlatego zaproponowana stawka 30 Rupii za transport do centrum wydaje nam się mocno zawyżona. Jedziemy za 5.
W obliczu zagrożenia uruchamiają się u ludzi odruchy obronne. W przypadku zagrożenia "oskubaniem", rodzi się wewnętrzny bunt, który nie pozwala zapłacić równowartości złotówki tam, gdzie zapłacić można 20 groszy.
Wiem, że nie zawsze powinniśmy mu ulegać. Dając się "nabrać" na kilka groszy, czasem można dowiedzieć się interesujących, nowych rzeczy.

Pytam o cenę zakwaterowania w jednym z hoteli polecanych przez Lonely Planet. 450 Rupii za pokój z podwójnym łóżkiem to zdecydowanie zbyt drogo.
Opuszczamy lokal, by według wcześniej powziętego planu dać się od razu skaptować naganiaczowi, który w hotelu bezpośrednio sąsiadującym oferuje nam pokój za 150 Rupii. Godzimy się na 100.
Standard okazuje się identyczny z tym, który oglądaliśmy przed chwilą, co przekonuje mnie o ulotności lokalnych cen.

Kraje azjatyckie doskonale nadają się do zwiedzania na motocyklu. Poprzez recepcjonistę hotelu docieram do chłopaka, który twierdzi, że nie prowadzi wypożyczalni, ale ewentualnie jest skłonny udostępnić mi swój własny motocykl.
Magda przejmuje ster. Pędzimy na motocyklu przez park narodowy Panna.
Po spotkaniu uzgadniamy cenę na 400 Rupii za dobę, co słusznie wydaje mi się ceną wygórowaną.
Właściciel motocykla pyta, dokąd będę jeździł i przede wszystkim, za jaką sumę zamierzam zatankować paliwo, bo "jeśli mam w planie wyjazd poza miasto, powinienem zatankować przynajmniej za 300 Rupii".
Zachowuję dystans, jednak nie mając doświadczenia przepłacam ponownie. Na cały dzień intensywnego jeżdżenia wystarczało nam ok. 70-100 Rupii. Następnym razem będę ostrożniejszy.

Kadżuraho wita nas ze spokojem miasteczka, które jest oczywiście odwiedzane przez gości z różnych krajów świata, mimo to jednak, zachowało atmosferę egzotyki.

Jest na tyle małe, że gdziekolwiek się później pojawiamy, wszyscy witają nas doskonale wiedząc, że to ci, którzy wypożyczyli motocykl.

"Przyzakonna Szkoła Świętego Serca" - tak brzmi napis zdobiący elewację schludnego budynku, który bezpośrednio sąsiaduje z klasztorem.

Zajęcia prowadzone są przez zakonnice. Na terenie szkoły nie widzę nikogo, decydujemy się więc obejrzeć ją z bliska.

Jest to szkoła katolicka, jednak wychowanie dzieci musi odbywać się tu na wielu religijnych płaszczyznach. Na tablicy widnieją rysunki hinduskich bogów.

Z dachu szkoły rozciąga się widok na rozległe pola, które o tej porze roku leżą ugorem czekając na korzystniejsze warunki klimatyczne.

Z sąsiedniego dachu dobiega nas zapytanie, na które nie potrafimy odpowiedzieć:
- School pen, school pen?

Domyślamy się cóż ten człowiek może mieć na myśli. Czytaliśmy, że dzieci często starają się namówić turystów na odwiedziny w szkole, nie bez zapłaty oczywiście.
Tym razem jednak jesteśmy już w szkole, a napotkany młodzieniec wcale na dziecko nie wygląda. Tajemnica wyjaśni się nieco później.

Do Kadżuraho przyjechaliśmy przede wszystkim w poszukiwaniu starożytnych świątyń, słynnych z niecenzuralności zdobiących je rzeźb.
Pierwsza z nich, Jain Temple, oprócz niesamowitych walorów estetycznych samej budowli, nie zaskakuje niczym nieprzewidywalnym.
Wszystko jednak przed nami...


Wewnątrz znajdujemy diagram przedstawiający znaki zodiaku, oraz tajemniczy archaiczny szkic, którego bez znajomości hindi nie uda nam się prędko rozszyfrować.

Kiedy odpoczywamy nad brzegiem jeziora delektując się widokiem, który prawdopodobnie nie zmienił się zbytnio na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu (czy nawet kilkuset?) lat, zbliża się do nas człowiek.
Jego spokojny krok i łagodny uśmiech nie sugerują zamiarów handlowych.

Rzeczywiście, Ajju przyszedł tylko porozmawiać.
Opowiada nam o systemie kastowym, który wciąż nieoficjalnie funkcjonuje w Indiach, a swą krańcową postać przyjął poza obszarami dużych miast.
Ajju mówi, że wierzy w prawdziwą miłość, jemu jednak nie dopisało szczęście. Wybranka, z którą był przez sześć lat, należy do niższej kasty, dlatego ślub jest niemożliwy.
Pokazuje blizny, które pozostawili mu na twarzy jej bracia, kiedy na pytanie, czy kocha swoją wybrankę odpowiedział twierdząco.
Dziś nie ma to już znaczenia - narzeczona Ajju wyszła za kogoś innego.
Ponoć wśród nieszczęśliwych młodych ludzi, którym rodzice lub dziadkowie zdeterminowali przyszłość, zdarzają się przypadki samobójstw.

Długa rozmowa sprawia, że nabieramy apetytu.
Po tygodniu ścisłego przestrzegania lokalnej diety, zaczynamy tęsknić za mniej egzotyczną strawą. Nie spotkałem się z tym zjawiskiem w żadnym innym kraju - lokalne smakołyki zawsze z powodzeniem zastępowały mi domową kuchnię.
Tym razem jednak z radością witam możliwość zamówienia jajecznicy z bułką i herbatą z lemonką.

Kafejkę prowadzi emigrant z Nepalu, od piętnastu lat mieszkający w Indiach. Przybył tu w poszukiwaniu pracy. Czyżby Nepalczykom żyło się jeszcze trudniej? W przyszłości postaram się to sprawdzić.

Wzmocnieni smacznym śniadaniem wsiadamy na motocykl i ruszamy za miasto w poszukiwaniu nowych wrażeń.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








