
Do Bikaneru jedziemy autobusem linii lokalnych - daje nam to kolejną okazję, by przyjrzeć się mieszkańcom okolicznych wiosek i miast.

Obserwując życie toczące się w metropoliach Europy i Azji, zauważyć można, że im większa ilość ludzi, tym bardziej rośnie dystans pomiędzy nimi. Pragnienie indywidualności wraz z atawistycznym terytorializmem zmienia strukturę zachowań, prowadząc do osamotnienia i wyizolowania.
W szczególnym stopniu zjawisko to występuje w Japonii, gdzie wpływy "ludzkich mrowisk" urastają do wielkości chorób cywilizacyjnych (patrz: odcinek piąty reportażu z Japonii).

Dlatego, widok pasażerów naszego autobusu, śmiejących się do siebie, wymieniających najnowszymi plotkami oraz częstujących wzajemnie przyrządzonymi własnoręcznie (często na miejscu) przysmakami, wywołuje uśmiech na naszych twarzach i poprawia samopoczucie.

Tym bardziej, że zachowanie tych ludzi tak bardzo odbiega od standardów znanych nam z naszego rodzinnego kraju...
Polacy, nie wiedzieć czemu, uważają się za przyjaznych, gościnnych i otwartych. Cóż to za otwartość, skoro próba nawiązania rozmowy z całkowicie obcą osobą w Polsce odbierana jest jako dziwactwo lub, co najmniej naruszenie prywatności?

Niestety, nie mamy w sobie tej swobody nawiązywania kontaktów, jaka charakteryzuje na przykład Australijczyków.
Być może powinniśmy zaprzestać temu przeczyć i zacząć pracować nad sobą? Życie w otwartym społeczeństwie jest dużo przyjemniejsze.

To się nazywa reklama. Billboardy reklamujące sieci komórkowe są nie do przeoczenia.
Ciekaw jestem, czy ich Idea jest tym samym, co nasza Idea.

Bikaner jest czwartym pod względem wielkości miastem Radżastanu, choć na pierwszy rzut oka na to nie wygląda. Leży w środku pustyni Thar, ok. 160 km od granicy z Pakistanem. Liczba ludności to ok. 700000.
Zajmujemy miejsce w Vito Guest House, skąd nazajutrz wyruszymy na grzbietach wielbłądów w poszukiwaniu przygód.

Bardzo przyjemne miejsce. Jako jedyni goście w hotelu, za murem otaczającym patio czujemy się niczym bohaterowie opowieści tysiąca i jednej nocy.

Tradycyjne radżastańskie lalki, tu uśpione, wrócą do nas później, animowane zręcznymi rękoma lalkarza, podczas przedstawienia w Udaipurze.

Po smacznym śniadaniu (biryani, thali, lassi i herbata masala), idziemy obejrzeć miasto.

W poszukiwaniu naszego gospodarza, zakradamy się do jego mieszkania. Prezentuje się ono dość zwyczajnie poza tym drobnym szczegółem, że nie posiada okien. Zauważamy, że hinduscy architekci są w tym temacie niezwykle oszczędni.

Co kraj, to obyczaj i... środek transportu. Takiej wielbłądziej "bryczce" niebawem powierzymy nasze bagaże.

Mimo przyzwyczajenia do nietuzinkowych widoków, Indie wciąż wychodzą nam naprzeciwko, oferując kolejne ciekawostki. Takie jak koza wracająca z zakupów...

...albo sok owocowy nie zawierający owoców.

Zatrzymujemy się przy miejskich rogatkach, po raz kolejny błędnie interpretując przepisy obowiązujące w Indiach. W przeciwieństwie do rogatek polskich, które mówią - STÓJ: nadjeżdża pociąg!, te zdają się pełnić tu funkcję wyłącznie dekoracyjną.
Syrena zbliżającego się pociągu zdaje się nie mieć żadnego wpływu na przebiegających przez tory ludzi.

Hindusi nie mogą pozwolić sobie na pozostawienie niezagospodarowanej przestrzeni. Tak długo, jak przejeżdżający pociąg nie porywa ze sobą rozłożonych wzdłuż torów towarów, wszystko pozostaje w najlepszym porządku.

Nadchodzi wieczór. Uparłem się, by odwiedzić kino - współczesną świątynię, mającą dla wielu Hindusów znaczenie niemalże sakralne. Bilet kosztuje tu 80 rupii (ok. 5 złotych), zatem dość drogo.

Golmal Returns - Golmal powraca. Nie przeszkadza nam, że Golmal już był i pojawia się ponownie. Później okaże się, że nieznajomość pierwszej części jego przygód w najmniejszym stopniu nie szkodzi odbiorowi kolejnej.
Fragment popularnej superprodukcji filmowej daje pojęcie o nieco odmiennym od naszego poczuciu humoru Hindusów.

Kino prezentuje się bardzo okazale. Ogromna sala, ekran tak duży, że jego powierzchnia dzięki kształtowi wycinka walca redukuje dystorcję związaną z wykorzystaniem szerokokątnego projektora.
Humor prezentowany w filmie niezmiernie bawi zgromadzonych na sali kinomaniaków (bo chyba wszyscy Hindusi to kinomaniacy). Magda zasypia, ja mimo, że nie rozumiem dialogów, chłonę niezbyt lotną fabułę z radością zdobywcy nowych terytoriów.

Nazajutrz rano pobudka, śniadanie. O 9:00 autoryksza zabiera nas do Deshnok, gdzie oddajemy się w ręce przewodników, którzy zaopiekują się nami podczas wyprawy na pustynię.
Starszy - Mamraj, wytrawny kojot znający wszystkie tajemnice pustyni oraz idący w jego ślady, dwudziestoletni Radha.

Radha częstuje mnie tytoniem do żucia. Rozciera go na dłoni wraz z pastą bogatą w wapń - podobno wzmacnia ona działanie tytoniu. Umieszczamy po porcji pomiędzy dolną wargą a zębami.

W oczekiwaniu na skutki działania, przepytuję Radhę. Jest od dwóch lat żonaty, ma trzymiesięczną córkę. Języka angielskiego nauczył się od turystów. Uwielbia krykiet i kulki ze zsiadłego mleka z cukrem.
Kiedy piekielny specyfik zaczyna działać, "odpływam". Jako niepalący, mam kłopot z asymilacją nieznanego organizmowi składnika. Podczas, gdy na moich towarzyszy zdaje się on nie mieć większego wpływu, ja przez następną godzinę będę zamroczony, jak po wypiciu butelki wódki, kolejną spędzę cierpiąc okrutnego "kaca".

Wyrafinowane "fryzury" owieczek to nie przejaw pogoni za modą, a znak rozpoznawczy przynależności do stada.

Wielbłąd nie potrzebuje wytycznych. Doskonale wie, którędy iść. Tę trasę przemierzył setki razy, możliwe też, że nie zna żadnej innej.
Eksperymentujemy - Magda próbuje wytrącić go z codziennej rutyny, zdecydowanym pociągnięciem lejców nadając mu inny kierunek.
Udaje się nieznacznie zmienić trajektorię wielbłąda, na chwilę tylko jednak, gdyż zaraz wraca on automatycznie na zakodowaną trasę, jakby prowadził go autopilot.

Co około pięć kilometrów wśród piasku i suchych pustynnych krzewów pojawia się wioska.

Wszędzie witają nas roześmiane twarze tubylców. Nikt nie prosi o pieniądze.





Uczniowie i uczennice za nic mają dyscyplinę i kiedy tylko zbliżamy się do szkolnych zabudowań, wylewają się ze śmiechem, by z bliska przyjrzeć się "bladym twarzom".

Szybko wyłania się lider - stawia sobie za punkt honoru, by na każdym zdjęciu znaleźć się w centralnej pozycji. Nawet, kiedy staram się go unikać, zawsze ląduje w środku kadru.



Żegnamy się z sympatycznymi dzieciakami, i ruszamy dalej. Ku słońcu, ku przygodzie!
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








