Arambol, Chapora, Vagator, Anjuna... plaże i wioski, niektóre tak małe, że ich nazw nie jesteśmy w stanie zapamiętać.

Odwiedzamy ich bardzo wiele - taką możliwość daje tylko motocykl. Szczególnie w Azji, gdzie to, co najciekawsze dzieje się na ulicy.

Wypożyczenie motocykla w Goa nie nastręcza najmniejszych trudności. Wymagane jest jedynie pozostawienie wypożyczającemu paszportu i niewygórowanej opłaty.

Za skuter z automatyczną skrzynią biegów zapłacimy 150 rupii na dobę, motocykl małej pojemności - 200, a udający choppera bajaj rodzimej produkcji lub klasyczny enfeld to wydatek 350 rupii na dobę.
Boooorn to be wiiiiild!
Jeżeli zamierzamy więc jeździć przez cały dzień na najdroższym motocyklu, obciąży to nasza kieszeń sumą... trzydziestu złotych, już po uwzględnieniu kosztów paliwa.

Czasem przydarzy się źle obliczyć jego ilość, a to owocuje trudnościami z powrotem do domu.

Nie pozostaje nic innego, jak toczyć motocykl przed siebie, pytając tubylców o najbliższą stację benzynową, co po całym dniu jazdy może być bardzo wyczerpujące.

Na szczęście paliwo kupić można nie tylko w oficjalnych punktach sprzedaży, ale również w niektórych małych sklepach, lub nawet bezpośrednio przy drodze.

Następnego dnia trafiamy w ustronne zakątki, o których marzyliśmy zmagając się z hałasem i zanieczyszczeniem powietrza, jakie panuje w dużych miastach.

Mimo bardzo długiej i krwawej*) walki o dusze Hindusów, chrześcijaństwo nie stało się tutaj dominującym systemem religijnym.
*) Na ten temat więcej w odcinku 31.

Świadczą o tym między innymi liczne świątynie oddające hołd nieprzebranym przedstawicielom hinduistycznego panteonu.


Widoczna tu koperta zachęca do składania ofiary pieniężnej w intencji Ganesh - syna Shivy i Parvati. Pisałem o nim w odcinku 11 reportażu.

W lewej części zdjęcia znajduje się linga - zaczątek istnienia, pierwotne jajo, z którego zgodnie z zapisami sziwaistycznymi powstało wszelkie życie we wszechświecie.
Po prawej, dla kontrastu, Shiva - niszczyciel i pogromca ustalonego porządku.



Kiedy widzę drzewo, którego gałęzie-korzenie-pnącza wrastają w ziemię, nie potrafię oprzeć się pokusie wspinaczki.

Po opuszczeniu Mapusy trafiamy na "ziemię niczyją". Zatrzymujemy się przy rzece. Trafiamy do warsztatu naprawczego kutrów i dużych łodzi rybackich. Na tyle dużych, że wyprodukowano je ze stali, nie z drewna.

Główny mechanik łypie na nas "spode łba" starając się odgadnąć intencje białych dziwaków, którzy zamiast leżeć na plaży czy kupować pamiątki, zapuszczają się w
rejony, które są przecież takie zwyczajne i nieciekawe.

Nie potrzeba jednak wiele czasu, żeby przekonać go o naszych dobrych zamiarach.

Wszystko wokół pokrywa gruba warstwa rdzawego pyłu. Nawet skóra odpoczywającego robotnika wydaje się być nim przesycona.

Nieco dalej pojawia się stocznia. Tu montowane są elementy kadłuba okrętu, który nie-bawem lub nie-prędko (co wynika z względności upływu czasu w Indiach), swą majestatyczną postacią uświetni wody Morza Arabskiego.

I tutaj - jak to w Azji bywa - obowiązującym obuwiem roboczym są sandały.

Tuż obok stoczni zaimprowizowano camping dla żon i dzieci robotników. Rodzina powinna trzymać się razem!

Podążając zaimprowizowanym szlakiem wyznaczamy kurs metodą "na nos", dzięki temu trafiając w zupełnie przypadkowe miejsca. Po drodze obserwujemy życie tubylców.

Pola ryżowe pokrywają dużą część powierzchni uprawnej. Kobiety pracują stojąc przez cały czas po kostki w wodzie - reumatyzm musi zbierać tu pokaźne żniwo.

Powszechnie występujące tu czerwone skały wykorzystuje się bezpośrednio do budowy domów. Im prostsza infrastruktura, tym solidniejsze materiały budowlane.

Na składowisku odpadów chłopaki grają w zaimprowizowanego krykieta.

W arambolskim "urzędzie pocztowym" pracuje człowiek będący odpowiednikiem polskiej "pani Zosi" z okienka. Wysyła jednoznaczny komunikat - żebyśmy aby nie pomyśleli, że on tu jest dla nas.
Mimo pewnych trudności udało się wysłać pocztówki do rodziny.

Nigdy nie pytaj Hindusa o drogę. Skoro już musisz, upewnij się, że właściwie zinterpretujesz jego wskazówki.
Jeżeli na pytanie "czy to właściwa droga do miasta X?" odpowie "tak", oznacza to prawdopodobnie tyle co "nie mam zielonego pojęcia, ale przecież się do tego nie przyznam".
Jedyna wiarygodna odpowiedź to szczegółowa odpowiedź.
Powyższa nauka kosztowała nas zboczenie z trasy powrotnej do domu o ok. 20 kilometrów na wschód. Wracaliśmy w nocy - jest zimno, ciemno, ludzie chodzą drogą bez żadnych oznaczeń.
Do domu docieramy późno w nocy, ale nic nie szkodzi - jutro nowy dzień!

C.D.N.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









