Japonia to kraj cudów i dziwów. Tych, które znane są całemu światu (choć często stereotypowe i fałszywe), jak i tych, których bez dodatkowych wyjaśnień ze strony rdzennych Japończyków Europejczyk zrozumieć nie jest w stanie.
Mam nadzieję, że uda mi się nieco przybliżyc ten piękny i tajemniczy kraj. Zapraszam zatem w podróż do Japonii!

Puszka popularnego napoju izotonicznego Pocari Sweat (Pocari to nazwa marki, sweat - ang. pot). Jego nazwa, choć merytorycznie poprawna, zdradza słabą wsród Japończyków znajomość języka angielskiego. W połączeniu ze słonawym smakiem nasuwa jednoznaczne skojarzenia.

Pociąg, czyli podstawowy środek komunikacji w Tokio. Ludzie, bez względu na wiek, czy płeć oddają się namiętnie czytaniu komiksów, pisaniu sms'ów i graniu w gry elektroniczne.

Oto mieszkanie, w którym wraz z moją towarzyszką Masami zatrzymałem się na cały czas pobytu w Tokio dzięki uprzejmości jej znajomej Hanae.

Jest mniejsze, niz wydaje się na zdjęciach robionych szerokokątnym obiektywem. Dwa male pokoje, kuchnia, łazienka i toaleta.
Mimo to, za wynajem zapłacić trzeba odpowiednik ponad 3000 PLN miesiecznie. Firma dla której pracuje Hanae pokrywa połowę tej sumy.
Podobno Tokio jest najdroższym miastem na świecie. W przypadku cen gruntu i nieruchomości, ma to niewątpliwe uzasadnienie. Nic dziwnego, przy stosunkowo niewielkiej powierzchni (2187 m2) miasto (wyłaczając tereny podmiejskie) zamieszkuje okolo 12,5 milionów ludzi.

Jedzenie za to nie jest tak drogie, jak mogłoby sie wydawać.
Hanae przygotowuje posiłek na przenośnych kuchenkach elektrycznych. Z uwagi na brak miejsca są one bardzo praktyczne.
To nie zwykłe grzałki, ale sterowane mikroprocesorem urządzenia. Automatycznie regulują temperaturę i wyłaczają się po zdjęciu naczynia.

Łazienka złożona z plastikowych elementów przywołuje skojarzenie z modułem sanitarnym promu kosmicznego. Dzięki takiej konstrukcji, przy niewielkiej powierzchni jest ona bardzo funkcjonalna i łatwo utrzymać ją w czystości.

Dziwne urządzenie przyłączone do kranu to filtr wody... do kąpieli.

Wszechobecne "vending machines", czyli uliczne automaty, w których zaopatrzyć się można w napoje, papierosy, lekarstwa, a nawet piwo!

Shibuya - popularna wśród młodych Japończyków dzielnica, w której ulokowane są liczne centra handlowe, kawiarnie i kina. Można spędzić tu cały dzień. Znajduje się tu sławny budynek 109 - "mekka" nastolatek. Na zdjęciu widać umiejscowioną vis a vis niedawno otwartą wersję budynku 109 przeznaczoną dla mężczyzn.

Przez widoczne tu skrzyżowanie w jednym cyklu świateł przechodzi na drugą stronę ulicy kilka tysięcy ludzi.
Tokio podzielone jest na dzielnice, z których każda charakteryzuje się czymś innym.
W bardzo wygodny sposób połączone one zostały linią kolejową JR Yamanote (JR - Japanese Railway).


Choć Japonia nie jest krajem zbyt wygodnym dla turystów, a trudności językowe mogą uprzykrzyć egzystencję, nie powinni oni umrzeć z głodu.
Jeśli produkty spożywcze nie zostały oznaczone romańskim alfabetem (co można uznać za regułę), a nie znamy żadnego z japońskich alfabetów, z pomocą przychodzą ekspozycje z plastikowymi reprezentacjami posilków do złudzenia przypominających prawdziwe.

Jeden z salonów gier video. Ekran ozdobiony jest dwoma robotami mecha, takimi, jak rozsławione na całym świecie Transformers. Tak, nawet dorośli Japończycy uwielbiają wielkie humanoidalne roboty!


Gry video są niesamowicie zaawansowane technicznie. Widoczne tu wyścigi konne pozwalają ujeżdżać wirtualnego rumaka w sposób bardzo realistyczny. Siedzi się nawet w specjalnych siodłach.

Salony gier spotykane są na każdym kroku, wydawać by się więc mogło, że nie powino być również trudności z dostępem do internetu.
Niestety, kawiarenkę internetową znaleźć jest niezwykle trudno, a kiedy już się uda, nie wystarczy zapłacić, by cieszyć się dostępem do sieci. Trzeba zapisać się, wylegitymować, a najlepiej przyjść z zaprzyjaźnionym Japończykiem bądź Japonką, którzy za nas poręczą.
Na zdjęciu widać hall jednej z kafejek a na jego ścianach książki i komiksy.

A oto i stanowiska - każde z nich jest odgrodzone i zamknięte. Panuje tu półmrok i intymny wręcz nastrój.
I jak to w Japonii, buty zostawia się na korytarzu.

Tak wygląda miejsce parkingowe, za które zapłacić należy równowartość ok. 1000 PLN miesięcznie. Samochody zaparkowane są na powierzchniach odpowiadających ich rzutowi pionowemu na ulicę z dodatkiem 2 centymetrów od ściany. :)
Oto cena, a własciwie tylko część ceny, za poruszanie się po mieście własnym pojazdem. Nie ma możliwości zaparkowania samochodu na ulicy, przy chodniku. Warunkiem zakupu auta jest przedstawienie dokumentu potwierdzającego zagwarantowane miejsce parkingowe.

Tomete wa dame! Houchi kinshi -
Nie parkuj. Nie pozostawiaj pojazdu!
Dowodem na to, że mieszkańcy Tokio szanują swoją przestrzeń życiową, mogą być liczne zakazy parkowania... rowerów.

Stąd też i kształt pojazdów przypominający klocki, które znacznie łatwiej upchnąć i dopasować do ciasnych zaułków.

Dobrze znanych nam modeli japonskich marek w samym Tokio raczej się nie widuje.

Zauważa się tez dużo motocykli. Cóż jednak z tego, że większość marek "ścigaczy" produkowanych jest w Japonii? W ciągu miesięcznego pobytu natknąłem się na tylko jedną sztukę. Wiecej jest "chopperów" typu Harley Davidson, motorów takich, jaki widać na zdjęciu oraz skuterów (wielkością dorównujacych chopperom).


Typowa boczna uliczka. Na pierwszy rzut oka wydaje się tonąć w chaosie, by już po chwili zarazić przechodnia swoją niesamowitą atmosferą.

To nie makieta, tylko prawdziwe domy. Szerokość niewiele większa niż same drzwi wejściowe. Z pewnością nie zamieszkują ich zawodnicy sumo.

Skutery służące do rozwożenia pizzy. Te bardziej nowoczesne, gdyż starsze wersje transportu dwu- i trójkołowego zamiast bagażnika miały skomplikowaną plątaninę drutów, blach i sprężynek utrzymujących ładunek w pozycji pionowej niezależnie od nachylenia pojazdu.

Pewnego dnia wybrałem się na spacer po okolicy. Chodnik prowadził wzdłuż strumyczka obwarowanego plotem i egzotycznymi roslinami. Pływały w nim karpie - koi.
W celach ozdobnych wyhodowano ich kolorowe odmiany (głównie pomarańczowe i białe oraz ich mieszanki) o nazwie nishikigoi.

Wtedy też zaczepił mnie pewien starszy pan spacerujący z pieskiem, pytając o mój aparat.

Oczywiście po japońsku... Nie zniechęcił go mój znikomy zasób słów ani to, że z trwającej 10 minut "rozmowy" zrozumiałem tyle, że aparat jest pewnie ciężki.

Podczas jednego z licznych spacerów zgubiłem drogę, jednak zgodnie dotychczasowym doświadczniem nie zamierzałem pytać o nią, gdyż zawsze szukając samemu, napotykałem coś interesującego. Tym razem na właściwy szlak udało się wrócić stosunkowo szybko, a to dzięki dwujęzycznym drogowskazom.
Na szczęście, bo nie udało mi się (i raczej nie będę próbował) opanować najtrudniejszego alfabetu używanego przez Japończyków - opartego na kilku tysiącach chińskich znaków kanji.

Kolejna przyjemna uliczka na drodze z Awashima Dori do Sangenjaya, gdzie znajdowało się nasze mieszkanie.

Niebo nad Tokio poprzecinane jest wszechobecnymi kablami. Długo zastanawiałem się nad tym, dlaczego w tak wysoko rozwiniętym kraju nie chowa się ich pod powierzchnią ziemi. Odpowiedź jest prosta - nie można tego zrobić ze względu na częste trzęsienia ziemi.

Jeśli spojrzeć dokładniej, widać, że King Kong trzyma na dłoni dziewczynkę. Domyślam się, że to reklama kina.

Prace porządkowe i roboty budowlane oraz drogowe w Japonii to rzecz zjawiskowa. W reportażu z Tajlandii pokażę tynkarzy balansujących na niezamocowanych do niczego rurkach, jedną noga na wysokości kilku pięter i bambusowe rusztowania wygladające, jakby miały się zaraz rozlecieć.

W Japonii nic takiego nie może mieć miejsca. Ot i tu - przy wyjściu z naszego mieszkania, jak przy każdej budowie, stoi kilku robotników seniorów (jak ten w niebieskim mundurze), którzy dbają o bezpieczeństwo i wygodę (tak!) przechodniów, dorabiając w ten sposób do emerytury.
Kiedy remontowany był fragment nawierzchni przy wlocie do naszej uliczki, przejście utrudniały ogrodzenia i pracująca koparka. W momencie, gdy podszedłem z zamiarem obejścia zagrodzonego fragmentu chodnika, starszy robotnik nie skąpiąc ukłonów przeprosił mnie bardzo grzecznie za utrudnienia, zatrzymał prace maszyn, które wycofay się robiąc mi przejście. I wcale nie dlatego, że jestem Europejczykiem!
Innym razem obserwowałem ekipę przycinjącą gałęzie na drzewku przy drodze. Wydawałoby się, że to praca dla dwóch ludzi. A było ich sześciu.
Jeden siedział na drzewku i odcinał gałęzie. Drugi, na dole, łapał je w siatkę przypominającą tę do łapania motyli. Trzeci zbierał wszystko grabkami tworząc zgrabne kopczyki. Czwarty zamiatał kawałki drewna. Piąty ładował gałęzie do worka, a szósty stał na ulicy i pilnował bezpieczeństwa.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.







