Jak powszechnie wiadomo, Japończycy pracują dużo, choć nie zawsze czas spędzony w miejscu pracy przekłada się bezpośrednio na jej efektywność. Powszechnie panująca presja każe ludziom poświęcać pracy swoje życie do granic wytrzymałości.
Stanowi to przyczynę wiele chorób cywilizacyjnych (np. hikikomori, czyli abnegacja, ucieczka przed życiem społecznym, wyizolowanie i zerwanie kontaktów ze światem zewnętrznym lub karoshi, czyli śmierć z przepracowania), które urodziły się w Japonii i tam głównie występują.
Dlatego też, kiedy pojawia się "wolne", następuje euforia.

Często napotkać można uliczny festiwal (matsuri) związany dominującą tu religią shinto.

Wytypowani w wyniku losowania uczestnicy wylegają na ulice dźwigając na plecach o-mikoshi, czyli, przenośne kapliczki przywodzące na myśl lektykę.

Nie trzeba chyba nadmieniać, że pochłaniane są przy tej okazji spore ilości piwa.


O-mikoshi - kapliczka umieszczona na stelażu przypominającym lektykę.

Tabi to bardziej skarpetki niż buty. Występują w wersji miękkiej (tabi) i w wersji z winylową podeszwą (odori tabi). Wykorzystywane są przez aktorów teatralnych i tancerzy tradycyjnych.








Kiedy już wszelkie szczegóły zostaną ustalone, pozycje zajęte a siły zebrane, rozpoczyna się wesoły marsz. Niosący o-mikoshi wybrańcy śmieją się, śpiewają i nieco zataczają z powodu pochłoniętego alkoholu.



Nic nie przeszkadza wesołej gromadzie wtłoczyć się w wąską uliczkę, na której normalny ruch odbywa się niemalże wahadłowo. Nie szkodzi, że czasami ktoś zatoczy się na stragan z owocami, czy rybami. Gorzej, jeśli zostanie stratowany, co zdarza się jednak bardzo rzadko.

Mniej więcej w środku poprzedniego zdjęcia pionowo i 1/4 od góry poziomo widać prostokątny neon (pod lampami) z napisem Ai Ai Ro-do, czyli ulica miłości. I znowu zaczerpnięte z angielskiego ro-do - ulica.

O-mikoshi prze niczym czołg nie zważając na przeszkody. Nikt jednak nie wydaje się być tym oburzony, wręcz przeciwnie - ludzie cieszą się wraz ze świętującymi.
Przedrostek "o-" dodawany jest w przypadku, gdy przedmiotowi lub osobie oddać chcemy szacunek. Inny przykład - o-hime-sama, czyli księżniczka. Jest to już trzeci stopień formy grzecznościowej, bo końcówka "-sama" to wyższa forma grzecznościowa niż powszechnie uzywana "-san".



Dzieci też świętują. Pod opieką nauczycielki prowadzą swoją własną o-mikoshi.




Jak widać nastroje są bardzo pozytywne. Tych wesołych ludzi długo nie trzeba było namawiać do zdjęcia.

Krzycząc "crazy japanese" ustawili się podług własnego wzoru prawidłowego wizerunku świętującego Japończyka.


To jest tuńczyk. Duża ryba.


Lokalny sklep rybny co tydzień, w niedzielę o godzinie 14 organizuje pokaz szlachtowania tuńczyka. Jak zapewniał sprzedawca, prezentowana ryba jest najwyższej jakości, bo pochodzi z połowu na morzu japońskim, a dla japończyka wszsytko, co japońskie jest najlepsze.
Ta opinia wcale nie pozostaje bez uzasadnienia. Jeśli chodzi o ryby i wołowinę, nie mają one sobie równych!


Czy znajdą się ochotnicy do ucięcia głowy?

Mistrz ceremonii wkracza z bardzo ostrym nożem i odsłania piękne mięso tuńczyka. W tej postaci ryba jest już gotowa do spożycia. Można połozyć jej plasterki na ryzu tworząc sushi lub spożywać ją jako sashimi, wyłacznie z sosem sojowym i wasabi.

Noże wykonane są przez połączenie miękkiego żelaza z utwardzoną stalą węglową. Konstrukcja podobna do katany, czyli samurajskiego miecza.


Jeśli tak wygląda mięso tuńczyka, co znajdujemy w puszkach, które można dostać w polskich sklepach? Wygląda na to, że marne resztki.


Zainteresowani są wszyscy, młodzi i starzy.

Teraz można już przystąpić do sprzedaży. Mimo wysokiej ceny (2500 jenów to ponad 60 PLN - tyle kosztuje widoczny na zdjęciu kawałek), chętnych nie brakuje. Tyle trzeba zapłacić za świeżo pociętego maguro.

Itadakimasu!!!
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








