Niedzielna wyprawa 2 tygodnie temu to było coś. Jedziemy w składzie: Paulina, Łukaszi i Young Bun, czyli nasza mała śmieszna koreańska tłumataczka, i ja.


Cel: Haeinsa Temple, czyli zespół świątyń buddyjskich na wschód od Daegu, powstałych w VIII wieku.

Haeinsa to trzecia co do ważności świątynia buddyjska w Korei, ze względu na znajdujący się tam zbiór 80 tysięcy drewnianych tablic, tzw. Tripitaka Koreana, na których w XIII wieku wyryto historię buddyzmu.

Zbiór zajmuje w sumie kilka budynków. Oczywiście jest to Dziedzictwo Narodowe. Do wykonania tablic wykorzystano drewno brzozy, które, według legendy, przez trzy lata gotowano w wodzie morskiej, a przez kolejne trzy - suszono w cieniu.


Miejsce piękne. Roześmiane dzieci, ludzie pogrążeni w modlitwie. Przed wejściem do świątyni ściągamy buty.

Wewnątrz ciepła drewniana posadzka, miękkie materace modlitewne, zapach kadzideł, mnisi wybijający rytm na bębenkach i śpiewający mantry, wierni bijący pokłony przed posagiem Buddy.



Haeinsa Temple mieści się na terenie parku narodowego, a pomiędzy świątynią, a pasmem górskim Gayasan rozciąga się Hongryudong Valley, czyli "Dolina Karmazynowego Strumienia".
Nazwa nawiązuje do pięknego koloru wody, gdy jesienną pora czerwone liście opadają z drzew.

Atmosfera podniosła, co widać na załączonym zdjęciu ;).

Najwyższym szczytem pasma Gayasan jest Sangwangbong (1430 m npm). Wtedy jeszcze nie znamy wysokości szczytu, ale nie ma mowy o tym, żeby nie wejść.
Zaczynamy się wspinać. Paulini idzie w różowych pseudo butkach, takich raczej na W-F, a mała Young Bun do końca nie może uwierzyć, że nie żartujemy i ciągle chce zawracać.


Początek bardzo przyjemny. Ścieżka wiodąca przez las, wzdłuż strumienia, wśród krzewów bambusa...

Na drodze tłumy Koreańczyków ubranych w drogi osprzęt wspinaczkowy (głównie North Face).
Wygląda na to, że tu w górach jesteśmy sporą atrakcją turystyczną, przez co musimy uśmiechać się do każdego i witać słowami "Aniong Hasejo", co kosztuje wiele energii.

Tym gorzej dla nas, bo po godzinie zaczyna się hardkor. Prawdziwa wspinaczka, skalne podejścia. Przy tym góra robi nas w konia, bo szczyt wydaje się być tak blisko, a cały czas jest tak daleko!! Co chwila tylko powtarzamy "o, to musi być końcowe podejście". I tak z 5 razy.

Wreszcie docieramy. Young Bun zostaje gdzieś w tyle, ale jak się później okazuje, cały czas nas nawołuje (:~O)!! Na szczycie pełen relaks i piękny widok na jeszcze więcej gór.


Tekst: Anna Kloczkowska (Ania K.)
Zdjęcia: Paulina Korczyńska (Paulini),
Łukasz Witczak (Łukaszi), Anna Kloczkowska (Ania K.)
Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym reportażu są własnością Autorów. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autorów jest zabronione.








