Miasteczko Gumi dzieli się na część industrialną, w której mieści się m.in. nasza fabryka i akademik oraz centrum z bogato wyposażonym targowiskiem i sklepami.
Jest też piękna część rekreacyjna z wielkim parkiem otaczającym jeden z wielu szczytów - Gumosan. Podróż na szczyt może być urozmaicona masą naturalnych i stworzonych ludzką ręką atrakcji.


Na nasz kochany Gumosan (976 m n.p.m.) wybraliśmy się za późno. Szliśmy w standardowym składzie plus dwie polskie tłumaczki, które po chwili odbiły na pobliską świątynię, skuszone obietnicą przechadzających się tam, cytuję: "koreańskich ciach"...



Po drodze czekało na nas mnóstwo atrakcji, takich jak: jesienne liście i kamienne kopce poświęcone duchom przodków (brrrr...), groty skalne z buddyjskimi kapliczkami, wodospady bez wody i punkty widokowe.


Kobieta modląca się w wykutej w skale kapliczce.




Poza tym trochę się tez ociągaliśmy ze wspinaniem. W efekcie w połowie drogi koreańscy turyści zaczynali nam wygrażać, że jak nie zaczniemy schodzić, to będziemy tego żałować! Że mamy natychmiast przestać się wspinać i obrać kierunek przeciwny, bo już się ściemnia i połamiemy nogi (a wszystko na migi!). Byli na tyle stanowczy, że zawróciliśmy.

Potem, już niżej, poczęstowali nas owocami (popularna tu jabłko-gruszka, vel owoc południowego murzyna), a także wmusili w nas whiskacza (nie wszyscy protestowali...).
Pusan - tym razem na koszt firmy.

Soni (aka Weronika) + Young Bun (aka Louise).

"Weź ten aparat, bo jak ci *@&^&%$*..."
Na naszą drugą wycieczkę do Pusan (pierwsza wkrótce doczeka się fotorealizacji) pojechaliśmy w większym składzie, bo z całym polskim turnusem, co samo w sobie stanowiło niezłą atrakcję.

W autobusie posypało się parę dobrych tekstów, które z żalem muszę objąć cenzurą.
Było deszczowo, ale odwiedzane miejsca nie wymagały słońca.

Odwiedziliśmy stadion olimpijski, ten słynny z meczu Polska-Korea 2002 (wyniku nie muszę przypominać), a także z występu Edyty Górniak.





Była koreańska siksa (posiłek) - bibimpap, czyli ryż z dodatkami dla ciekawych świata, a McDonalds dla tych cierpiących na szok kulturowy.


Zwiedziliśmy też oceanarium.










Na koniec moczenie nóżek we wschodnim Morzu Japońskim!

Tekst: Anna Kloczkowska (Ania K.)
Zdjęcia: Paulina Korczyńska (Paulini),
Łukasz Witczak (Łukaszi), Anna Kloczkowska (Ania K.)
Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym reportażu są własnością Autorów. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autorów jest zabronione.








