Jeszcze przed przyjazdem do Korei nasłuchaliśmy się o paskudnym koreańskim jedzeniu i jeszcze paskudniejszym "pseudo-europejskim", którym mieliśmy być karmieni na stołówce pracowniczej i tej przy akademiku.
Jeśli chodzi o pseudo-europejskie to trudno oczekiwać, że tutejsi kucharze, przy ograniczonym dostępie do składników i braku doświadczenia, nagle wyczarują nam pyszne pierogi, żurek czy bigos (chociaż takie oczekiwania są tu na porządku dziennym).
Jeśli chodzi o kuchnię koreańską, wiadomo, że nie ma sensu oceniać jej na podstawie jedzenia stołówkowego, bo to tak, jakby podsumować polskie po wizycie we wrocławskiej "Mewie"!

Żeby naprawdę się przekonać, czym są koreańskie smaki, trzeba się wybrać do restauracji. Tu wybór mamy ogromny, a ceny bardzo przystępne, bo obiad (z pełnym zestawem dodatków) dostaniemy za ok. 5000-7000 Wonów (15-20 PLN).

Restauracje zazwyczaj specjalizują się w danym rodzaju potraw, jak np. bulgogi serwowane przy tradycyjnych niskich stołach z wbudowanym grillem.
W takiej restauracji siedzi się na podgrzewanej podłodze ondol i zajada pyszne mięsko z dodatkami w postaci surowego czosnku, glonów, młodego marynowanego imbiru, itd.
Całość podawana jest na liściu sałaty lub sezamowca (hmmm, niesamowity aromat), prosto z rozgrzanej płyty.

Inne małe restauracje specjalizują się w serwowaniu pierożków mandu z zupą kuk, czyli mandukuk. Pierożki mogą być gotowane lub gotowane i smażone, po czym podawane z bardzo ostrym sosem z czerwonych papryczek chilli oraz cukrem i warzywami.



Jeszcze inne serwują bibimpap, czyli ryż z warzywami, jajkiem, grzybami, w gorącym tygielku.


Zawsze, wszędzie i o każdej porze do potrawy dodaje się marynowaną i kwaszoną kapustę kimchi, wszędzie według własnej receptury. Moje pierwsze kimchi bardzo chciałam wypluć, teraz naprawdę nie mogę się bez niego obejść.

Po miesiącu odważnych prób (zdarzał się pot, łzy i rumieńce na twarzy) jem nawet to, co Koreańczycy uznają za ostre i - o dziwo - stwierdzam, że ostre potrawy wcale nie paraliżują zmysłu smaku.

Po pierwszym szoku kubków smakowych można odkryć zupełnie nieznane smaki, które są tym intensywniejsze im ostrzejsza potrawa!
Poza tym, w Korei nie da się być głodnym. Jedzenie spotykamy na każdym kroku, aż dziwne, że nie ma tu grubasów, bo Koreańczycy to straszne żarłoki!

Wszędzie stoją stragany zwane pojangmancha, które serwują calą masę smażonych lub gotowanych specjałów: tui geem - smażonych w cieście kalmarów, krewetek, papryczek, plasterków szynki, rybnych ciastek odeng, klusek ryżowych w sosie chilli - dopoki i innych różności za 1000-2000 Wonow.

Można zjeść suszoną rybę chipo, naleśniki ho tak, kimpap, słodkie pieczone kasztany, a z hardkorów: bondaegi, czyli duszoną larwę jedwabnika (też próbowałam - żeby nie było).






Jak widać, Koreańczycy bardzo lubią jeść. W zasadzie nigdy nie przestają. Regularnie zapraszają siebie i nas przy okazji na kolacje, a w związku z popularnymi teraz "wczasami w Polsce na koszt firmy" (we Wrocławiu jest pełno Koreańczyków, a będzie ich jeszcze więcej), mamy wiele okazji do świętowania.
W tym tygodniu byłam już na 4 kolacjach.
W barach serwujących np. bulgogi, na ladach chłodzących widzimy surowe mięso, które później jemy, a w restauracjach rybnych z wielkich zbiorników wodnych wybieramy żywe ryby (i inne owoce morza), które po dokładnym wyfiletowaniu trafiają na nasz stół (bez najmniejszego rybiego zapachu).

Rytuał wygląda tak: na stół wchodzi danie główne i cala masa przystawek. Przed jedzeniem dłonie możemy wytrzeć w ciepłą, wilgotną ściereczkę. Nie dostajemy osobnego talerza, tylko zestaw sztućców - pałeczki jeotgarak i łyżkę sutgarak. Przy ich użyciu sięgamy do wszystkich talerzy, półmisków i misek na stole.

Po obfitym obiedzie w restauracji, Koreańczycy zwykle idą do baru, gdzie znowu jedzą - najczęściej suszoną kałamarnicę z orzeszkami i sosem chilli, którą kroi się nożyczkami w cienkie paseczki (według nich oko jest najlepsze), świetną suszoną rybę na słodko - noga ri, ale także panierowane kotlety schabowe i frytki (serio!).


Jedzenie sowicie zakrapiane jest soju - popularnym 20% alkoholem w 30 ml szkle - w sam raz na jeden strzał. Najczęściej piją czyste, ale zdarza się też black soju - z Coca-Colą i green soju lub soju cha - z zieloną herbatą.

Poza tym piją piwo OB albo HITE, które jest w porządku, ale według rodzimych piwoszy do naszego się nie umywa.
Próbowałam wszystkich potraw i napoi zaprezentowanych poniżej (zdjęcia pochodzą z różnych źródeł, bo zwykle wolę jeść niż fotografować) i wszystkie mi bardzo smakowały - no może wywar wołowy to nic specjalnego, ale cała reszta - cinkcia maszissojo!!!




Czue - surowa ryba podawana z sosem sojowym z dodatkiem chrzanu wasabi, pasta z soi sam dzang i słodko-ostrym sosem ko czu dzang

Czue to nic innego, jak koreańska wersja japońskiego sashimi.










Tekst: Anna Kloczkowska (Ania K.)
Zdjęcia: Paulina Korczyńska (Paulini),
Łukasz Witczak (Łukaszi), Anna Kloczkowska (Ania K.)
Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym reportażu są własnością Autorów. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autorów jest zabronione.








