Po dwóch i pół roku spędzonych w Australii nadszedł czas, aby powrócić w rodzinne strony. Wcześniej jednak postanowiłem wybrać się w azjatycką podróż, obfitującą w wiele przygód i niespodzianek.
Najpierw zaproszę Cię Czytelniku w wirtualną podróż do królestwa Syjamu.
Odwiedzimy stolicę kraju, a zarazem największe miasto - Bangkok, dawną stolicę Tajlandii - Ayuthayę, górskie miasto Chiang Mai oraz okoliczne wioski, wyspy Phuket, Krabi, Phi-Phi i Ko Chan oraz inne ciekawe miejsca.

Tajlandia znana jest z przedsiębiorczości swoich obywateli, miłości do panującego ustroju politycznego oraz rodziny królewskiej, jak również z wielu egzotycznych zakątków.

Z Australii ruszamy boeingiem tajskich linii lotniczych Thai, aby po dziewięciu godzinach lotu wylądować na lotnisku w Bangkoku.

Terminale lotniska Suvarnabhumi już od pierwszej chwili robią ogromne wrażenie. Zostało ono otwarte dla użytku publicznego we wrześniu 2006 roku. Nowoczesne, ogromne i bardzo ruchliwe.
Zaledwie 30% kosztów budowy pochodziło z budżetu krajowego. Resztę zapewnił Japoński Bank Współpracy Międzynarodowej (Japan Bank for International Cooperation).
Balkon, z którego zrobione zostało to zdjęcie położony jest centralnie względem hali terminala, który równie daleko rozciąga się w lewą stronę.
Pierwszą rzeczą, jaka zaskoczyła nas po opuszczeniu lotniska była bardzo duża wilgotność powietrza przy temperaturze ok. 30 stopni Celsjusza (stałej w ciągu roku zarówno w dzień, jak i w nocy).
W momencie przekroczenia drzwi wyjściowych hali lotniska na twarzy poczułem falę ciepłego budyniu. Jeśli ktoś nie przepada za sauną, może mieć kłopot z przywyknięciem do takich warunków.

Żeby po długiej podróży nie znaleźć się w zupełnie obcym kraju bez dachu nad głową (w dodatku w nocy), warto postarać się o zamówienie hotelu na kilka pierwszych dni jeszcze przed przylotem, na przykład za pośrednictwem Internetu.

Niestety, jak to często w takich przypadkach bywa, rzeczywistość okazała się brutalna, a pokój hotelowy wyglądający tak pięknie na zdjęciach umieszczonych w Internecie, ciemną norą o dość niskim standardzie.
Na ogół unikam luksusów, gdyż na podstawie wcześniejszych doświadczeń wiem, że im miejsce mniej komfortowe, tym bardziej interesujące.
Tu jednak po dwóch dobach oddychania powietrzem przesyconym smrodem tysięcy wypalonych papierosów, zmuszony byłem wycofać rezerwację reklamując pokój.
Nie było z tym większego kłopotu, gdyż dyrekcja hotelu mimo usilnych starań nie mogła znaleźć innego, którego zapach nie przyprawiałby o ból głowy.

Zanim jednak przenieśliśmy się w inne miejsce, należało zapoznać się z okolicą.
Hotel położony jest w Chińskiej dzielnicy, dość korzystnie ulokowanej w stosunku do atrakcji, które podróżnik nie będąc wcześniej w Bangkoku obejrzeć powinien.

Równocześnie jest to dość ruchliwa część miasta, a turystów spotyka się rzadko.

Jeśli ktoś szuka zdobnych elewacji, obrośniętych bluszczem ścian, czy romantycznych balkonów, może o tym zapomnieć, bo brudny beton i kable z jednej strony, a szklano-stalowe wieżowce z drugiej to wszystko, co Bangkok może powiedzieć w kwestii architektury współczesnej.
Na drugim biegunie leżą zabytkowe perełki, unikalne na skalę światową. O tym jednak później.

Handlarzy oferujących przysmaki chińskiej kuchni spotkać można na każdym kroku...

...a życie towarzyskie toczy się na ulicy przez całą dobę.

Jak to w Azji, dzieciństwo bywa krótkie, bo trzeba przecież pomóc w utrzymaniu rodziny. Ten chłopiec sprzedaje kwiaty.

Mimo późnych godzin (to zdjęcie zostało wykonane ok. 2 w nocy) ludzie udający się na przekąskę do pobliskiego ulicznego baru to zupełnie powszechne zjawisko.

Widok z hotelowego okna. Bangkok dla jednych jest miastem brzydkim, dla innych fascynującym. Ja zaliczam się do tej drugiej kategorii.



Tajlandczycy są bardzo religijni - obiekty kultu spotykane są nawet w tak niecodziennych miejscach, jak dachy budynków.


Spadnie, albo nie. Normy bezpieczeństwa zdecydowanie różnią się od europejskich.

Bardzo smaczne piwo Singha. Jego pozycja na rynku odpowiada pozycji Żywca w Polsce. Równie popularne jest piwo Chang.

Ani razu jednak nie spotkałem się z reklamowanym tu piwem Cheers. Być może dlatego, iż reklamy, mimo, że tak duże i z pewnością kosztowne, nie są prawidłowo umyte.

I nigdy nie będą, bo widoczni tu polerujący je panowie zrobieni są z plastiku.

Przespacerujmy się ulicami miasta.
Inaczej niż w Japonii panuje tu chaos motoryzacyjny. Pojazdy wszelkiej maści zatrzymują się tam, gdzie się kierowcy podoba.

Po podwórkach biegają koty bez ogonów, lub też raczej z ich krótkimi namiastkami.
Kiedyś zapytałem przechodnia na ulicy, dlaczego tajskim kotom brakuje ogonków.
- A wasze mają? - odpowiedział ze zdziwieniem, choć przypuszczam, że podszyte było ono humorem, którego Tajlandczykom nie brakuje.
Do dziś nie znam rozwiązania tej zagadki.




Komunikacja jest w Tajlandii stosunkowo tania. Półgodzinna podróż taksówką kosztuje około 5 PLN. Pod warunkiem, że umiemy się targować i wiemy ile usługa powinna kosztować. Jeśli nie wiemy, możemy zapłacić kilkukrotnie większą cenę.
Podobnie kształtują się koszty kolei metra, która ze względu na gigantyczne korki w godzinach szczytu, stanowi korzystną alternatywę transportu naziemnego.
Dużo taniej jest natomiast podróżować za pośrednictwem komunikacji miejskiej, gdzie zazwyczaj cena biletu nie przekroczy złotówki (zależna jest ona od dystansu oraz tego, czy autobus jest klimatyzowany).



Skrzyżowanie ulic głównych ulic.
Ruch pojazdów jest dość intensywny, przy bardzo mało restrykcyjnych normach dotyczących zanieczyszczenia środowiska.

Efekt - chmura spalin unosząca się nad miastem.

Kierujący ruchem policjanci starają się zminimalizować ilość łykanego ołowiu za pomocą maseczek.


Miasto nieustannie się rozbudowuje. Nie trzeba długo szukać, by zostać świadkiem powstawania kolejnej betonowej wieży.

Robotnicy budowlani wyglądają jakby przed chwilą zeszli z pola uprawy ryżu. Nie używają kasków, butów ochronnych, nie noszą odpowiedniego odzienia ani zabezpieczeń.

Mimo to pełni są pogody ducha.

Pewnie dlatego, że nawet jadąc do pracy mogą poczuć wiatr we włosach.

A miasto tętni życiem...
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.







