Po mieście poruszać się można na wiele różnych sposobów. Jednym z popularnych środków komunikacji jest tak zwany tuk-tuk, czyli trójkołowy pojazd motorowy. Jego nazwa pochodzi od dźwięku, jaki wydaje jego mały, dwucylindrowy silnik.

Tuk-tuki nie są zbyt szybkie, mają za to bardzo mały promień skrętu i nie zajmują wiele miejsca, dzięki czemu dostać się nimi można tam, gdzie nie docierają taksówki, lub przecisnąć przez korek, kiedy samochody stoją w długich kolejkach.
Z kierowcami tuk-tuków należy targować się zawsze, w dodatku zdecydowanie.

Trud życia w wielkich miastach Tajlandii wykształcił w ludziach umiejętność łączenia się w doskonale zorganizowane grupy, mające za zadanie wydrzeć jak najwięcej z portfeli naiwnych turystów.
Ich działalność nie wykracza jednak poza granice prawa, bo opiera się jedynie na wysublimowanym kłamstwie.

W jednym z ciekawszych moim zdaniem polskich filmów, zatytułowanym "Przepraszam czy tu biją", w jednej ze scen do głównego bohatera, oszusta i złodzieja, podjechał elegancki samochód, z którego wysiadł obcokrajowiec (Włoch, jak się później okazało).
Przełamując bariery językowe zapytał o pewien hotel. Główny bohater machając ręką rzekł:
- Ooo, paaanie..., dając do zrozumienia, że człowiek zupełnie zbłądził i że hotel znajduje się daleko, mimo, że widać go było doskonale za plecami aktorów.
Sytuacja zakończyła się obrobieniem Włocha z jego pieniędzy oraz pozbawieniem go samochodu.

W przypadku Tajlandczyków, zjawisko to nie przybiera na szczęście tak drastycznej postaci. Nie chodzi o to, żeby kogoś okraść, ale żeby przekonać go, by zapłacił dużo więcej, niż powinien.

W Tajlandii rzadko spotyka się eleganckie restauracje o bogatym, profesjonalnie zaprojektowanym wnętrzu. Większość jadłodajni ogranicza się do rozstawionych na ulicy stolików pokrytych ceratą. Czasem zadaszonych. Podobnie jak w Chinach, liczy się tu jakość posiłków, nie zaś tak ważna dla Europejczyków otoczka elegancji.

Wyjątkiem jest ta popularna sieć serwująca fast food. Jej placówki wyglądają identycznie na całym świecie i tylko delikatnie nacechowane są wpływem lokalnej kultury.

Jeśli poruszając się po Bangkoku zamierzamy sami decydować o trasie podróży i odwiedzanych miejscach, nie powinniśmy nigdy wyglądać na zagubionych, gdyż taka postawa przyciąga kierowców tuk-tuków jak psujące się mięso przyciąga muchy.
Zasada niezwracania na siebie uwagi funkcjonuje zresztą w całej Tajlandii. Najlepiej całkowicie ignorować wszelkie zaczepki.
Wymaga to oczywiście pewnego oswojenia się z tutejszymi zwyczajami, gdyż Tajlandczycy zaczepiają w sposób dość kulturalny i grzeczny, co dobrze wychowanemu człowiekowi utrudnia ostentacyjne przejście obok bez reakcji.
Tego dnia postanowiliśmy jednak skorzystać z uprzejmości kierowcy tuk-tuka, który podchodząc z szerokim uśmiechem zaprezentował cztery pieńki tam, gdzie powinny być zęby. Zaoferował się pokazać nam okolicę za sumę 20 THB. Zbiłem ją o połowę, co i tak nie było konieczne, bo to cena symboliczna (mniej niż 50 groszy).
Kierowcy tuk-tuków umawiają się z właścicielami agencji turystycznych i salonów krawieckich, że w zamian za kupony na paliwo, przywiozą turystów w ich progi. Tak było i tym razem. Świadomie jednak zgodziliśmy się na posłuchanie kilku ofert w zamian za niezapomnianą wycieczkę tylnymi, nieczęsto uczęszczanymi przez turystów ulicami.
Kilka kolejnych zdjęć pozostawię bez komentarza. Pozwolę im przemówić w imieniu tych biednych ludzi przyjmujących za dobrobyt to, co dla wielu z nas stanowi minimum egzystencji.












Kierowca zawiózł nas również do paru kaplic i pokazał kilka posągów. Nie były to jednak obiekty na tyle istotne, by o nich pisać.
Wspomnieć za to warto o dość częstej praktyce eksponowania uwięzionych w klatkach ptaków z zamiarem wyłudzenia pieniędzy w zamian za ich uwolnienie. Płacimy za ptaszka, on wyfruwa z klatki, a kiedy już się oddalimy, wraca i zarabia dalej.

U stóp wielkiego Buddy odpoczywa kot bez ogona.




Jadłodajnia widoczna na zdjęciu przypomina mi inną, o nieco podobnym charakterze, do której wybrałem się z grupą przybyłych tego dnia przyjaciółek Masami. Przez kolejny tydzień, jaki spędziły w Japonii, podróżowaliśmy razem.

Japonki zamieszkały w hotelu Siam Beverly przy Ratchadapisek Rd, gdzie i my przenieśliśmy się na czas pobytu w Bangkoku, gdyż jak pisałem wcześniej, w chińskiej palarni tytoniu nie dało się dłużej wytrzymać.
Wieczorem wybraliśmy się w poszukiwaniu miejsca, gdzie w egzotycznych warunkach można było spożyć kolację. Tu zaczyna się kolejna przygoda...
Wkraczamy na dość duży zadaszony lekko plac, na którym jeden przy drugim stoją stoliki dla gości. Dach, czy raczej plandeka okrywająca stalowe rusztowanie ozdobiony jest neonowymi lampami. Z przymocowanych do słupów głośników płynie lokalna odmiana "Sokołów", czy też "Miała matka syna...".

Pomiędzy stolikami uwijają się ubrani w uniformy o pomarańczowym kolorze kelnerzy, kelnerki, oraz znajdująca się w przewadze kombinacja dwóch poprzednich. Poziom higieny wydaje się odpowiadać ogólnie akceptowanym w Tajlandii standardom.
Nie mamy pojęcia, na jakiej zasadzie działa ta jadłodajnia. Ludzie stoją w kolejce do okienka, w którym prawdopodobnie wykupuje się kupony żywnościowe, zaraz obok znajduje się bufet z surowymi owocami morza, mięsem oraz sałatkami.
Przez wspomniane wcześniej głośniki wywoływane są numery. Jesteśmy bardzo podekscytowani, a zarazem całkowicie zagubieni - rozglądamy się wokół w poszukiwaniu pomocy. Nie nadchodzi ona prędko - najwyraźniej w tym miejscu nikt nie spodziewa się turystów.
Po pewnym czasie zostajemy zauważeni przez kelnera/-kę. Spod mocnego makijażu wyłaniają się ostre, męskie rysy. Duże kolczyki i damski fartuszek nie są w stanie zatuszować zachodzącej tu przemiany. Ustalenie pierwotnej płci okazuje się proste, co stanowi jednak wyjątek, gdyż transwestytyzm w Tajlandii często jest nierozpoznawalny dzięki wrodzonej podatności na kuracje hormonalne oraz doskonałej jakości usług z zakresu chirurgii plastycznej.
Rozpoczynają się negocjacje. Większość Tajlandczyków mówi trochę po angielsku - tego wymaga rynek. Mimo to, po około dziesięciu minutach intensywnej wymiany zdań, niewiele rozumiemy. Przydzielony zostaje nam jednak stolik, co odbieramy jako sukces i z radością zasiadamy w oczekiwaniu kolejnych działań.
Nic więcej jednak się nie dzieje, kelner/-ka znika. Wnioskuję, że powinniśmy obsłużyć się sami. Idę do budki, w której znajduje się kasa oraz pani z mikrofonem. Chcę zapłacić, dostaję jednak tylko numerek do kolejki. Panie w kasie śmieją się, ja też, bo jak mam zrozumieć, kiedy zostaniemy wywołani?

Na szczęście ktoś ulitował się nad dzikimi turystami i już za chwilę podszedł do nas inny kelner, po czym... przesadził nas do następnego stolika. Po pewnym czasie, jaki zajęły kolejne wyjaśnienia, udaje się zrozumieć nieco i złożyć zamówienie. Dostajemy piwo, po czym idziemy do bufetu pobrać surowe specjały.
Tu spotykam znaczną ich różnorodność. Z większością nie spotkałem się wcześniej, przynajmniej w tej postaci. Gdyby okazało się, że zjadłem psa lub kota, nie miałbym tego nikomu za złe - sam się o to prosiłem.

Po powrocie do stolika zastaję węglowy kociołek z grillem, na którym można smażyć lub gotować żywność. Wcześniej jednak częstuję się też sosami i sałatkami. Jedna z nich wyglądem przypomina libańską sałatkę podawaną do kebaba. Lubię ją bardzo, dlatego bez zastanowienia chwytam duży kęs i... zamieram.
Nigdy w życiu nie jadłem niczego tak ostrego. Meksykańskie tabasco, czy japońskie wasabi to dżem w porównaniu z zieloną tajską papryczką, którą omyłkowo wziąłem za niewinną sałatkę.
Przez chwilę nie mogę oddychać. Leją się łzy, pot występuje na czoło, cieknie z nosa, a cała twarz robi się mokra. Nerwy jamy ustnej uległy sparaliżowaniu. Żeby przeżyć, łykam piwa - słodkie. Dotykam końca nosa i niczego nie czuję. Później cała twarz zaczyna mrowić, a smak wraca dopiero po około dziesięciu minutach.

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








