Jedną z atrakcji, z której nie zamierzaliśmy zrezygnować był prawdziwy mecz muay-thai, czyli tajskiego boksu. Stadion Lumpini w Bangkoku to najważniejszy stadion dedykowany wyłącznie tej bezwzględnej sztuce walki.
Po sprawdzeniu cen biletów w Internecie (Można wejść już za 200 THB, czyli ok. 13.5 PLN), udaliśmy się na miejsce, aby zakosztować przemocy.
Okazało się jednak, że i tutaj panuje "dyskryminacja" obcokrajowców. Jedyne dostępne w okienku bilety kosztowały 1500 THB (100 PLN).
Za chwilę pojawiła się kobieta oferująca sprzedaż "tańszych" biletów za 1000 THB, "tylko dlatego, że jej kuzyn pracuje w kasie". Okazuje się, że mimo wywieszonej ceny, obywatele Tajlandii kupują bilety taniej, a dla turystów domyślnie ustawiono cenę znacznie wyższą.
Co można zrobić w takiej sytuacji?
- Zapłacić grzecznie zawyżoną cenę.
- Zrezygnować z pokazu.
- Zaczepić uczciwie wyglądającego obywatela i poprosić go, by za drobną opłatą kupił dla nas bilety.
Nic straconego, o tym jednak później.

Uwagę naszą przykuły światła strzelające w niebo tuż obok stadionu oraz dobiegająca naszych uszu muzyka. Źródłem obu zjawisk okazał się "Bangkok Night Bazar", który z bazarem nie miał jednak wiele wspólnego.

Na dużym placu ustawiono stoliki i krzesełka, po obu zaś jego stronach znajdowały się pasaże budek serwujących przekąski oraz piwo. Ze sceny na końcu placu, artyści prezentowali swoją sztukę.

Przekąsek nie kupuje się tu za gotówkę. Podobnie, jak w niektórych centrach handlowych, nabywa się talony, które później wymienić można na towar w dowolnej budce. Czyżby rząd kontrolował ceny?

Zanim jeszcze zdążyliśmy wygodnie usiąść, przy stoliku pojawili się kelnerzy ubrani w eleganckie zielone fartuszki. W karcie drinków można było między innymi znaleźć piwo w cenie 160 THB (10 PLN), co od razu rozwiało moje wątpliwości, co do charakteru pracy tych ludzi.
Podziękowałem grzecznie i mijając ich, niezadowolonych, z powodu utraty potencjalnej zdobyczy, udałem się do oddalonego o kilka kroków stoiska, przy którym to samo piwo kupiłem za 30 THB (2 PLN).

Tymczasem na scenie dwóch komików zawzięcie się przekomarzało. Najwyraźniej zabawnie, bo zgromadzeni tu ludzie wyglądali na bardzo rozbawionych. Ja również, z innego jednak powodu.

Brzmienie tajskiego języka oraz specyficzne zachowanie komików okazało się najzupełniej wystarczać, żeby zabawić podchmielonego "białasa".

Opuszczając "nocny bazar" natknęliśmy się na wyrastającą z ziemi na wysokość ponad metra miseczkę.
Gdyby nie angielskojęzyczny napis na tablicy informacyjnej, byłbym pewien, że urządzenie to służyć miało zupełnie innemu celowi.

Do Chang-Mai udajemy się pociągiem sypialnym. Choć klasa pierwsza nie jest zbyt droga, celowo wybieram drugą, aby mieć lepszy kontakt z toczącym się tuż przy torach nocnym życiem Bangkoku. W pociągach klasy pierwszej ze względu na klimatyzację, nie otwierają się okna.

Wagony sypialne skonstruowane są bardzo ergonomicznie. Łóżka utworzone z rozłożonych foteli usytuowane są w dwóch poziomach wzdłuż wagonu, nie zaś w poprzek, jak ma to miejsce w polskiej kolei.

Po dokonaniu wszelkich ustaleń, rozchodzimy się do swoich "kabin", aby pełnymi garściami czerpać atmosferę panującą podczas podróży.
(Porada dla par: ze względu na wysoką temperaturę i konieczność pilnowania bagażów, podróżowanie dwóch osób w jednej kabinie jest raczej niewskazane).

Rano pojawia się konduktor i bezceremonialnie zarządza pobudkę. Zaraz za nim nadchodzi pracownik obsługi, aby zabrać zużytą pościel i złożyć łóżka, które w mgnieniu oka zamieniają się w wygodne siedzenia.

Masami nie ma problemu z poranną toaletą. Ubikacja i łazienka są czyste i zadbane. Prawdopodobnie częściowo dzięki zamocowanemu przy ścianie wężowi z pistoletowym natryskiem. Takie rozwiązanie spotyka się również w większości tanich kwaterunków.

W pociągu spotykamy dwóch wesołych Japończyków i wymieniamy się informacjami na temat czekających na nas w górach przygód.
Podróż trwa przez całą noc. Rano wita nas widok rwącej górskiej rzeki.

Ryżowe pola...

...porzucone wraki wagonów przemysłowych...

...i spacerujące po torach dzieciaki (mimo, że w pobliżu nie było widać śladu zabudowań).

Pisząc listy z podróży, wspomniałem, że "dotarliśmy do małego miasteczka o nazwie Chang-Mai". Później okazało się, że "małe miasteczko" to pięciomilionowa metropolia, czego zupełnie nie widać, bo mimo ogromnego obszaru i dużej liczby ludności Chang-Mai wciąż wygląda jak małe miasteczko.

Po dotarciu na miejsce, łapiemy tuk-tuka i udajemy się do hotelu. Nazwa "hotel" nie jest tu właściwa. Angielskiemu "guest house" bardziej odpowiada polskie "schronisko".
Po drodze zatrzymujemy się na targowisku.

Tajlandczycy, podobnie jak Chińczycy, rzadko korzystają z lodówek. Częste wypady na bazary i targowiska stanowią nierozłączną część życia w tym kraju.

Najwyższy czas coś zjeść. Może smażonego kurczaka? Udka? Skrzydełka?

Hmm... prędzej znajdziemy tu główki albo nóżki, razem z pazurkami. Cóż, co kraj, to obyczaj.





Można tu również kupić inne specjały. Na przykład miód razem z plastrami.

Albo flaczki.


Na tych spragnionych wytworów zachodniej cywilizacji, w pobliskim sklepie czekają na przykład chrupki ziemniaczane znanej marki.

- Słuchaj, robimy tak. Ja gram wstęp, od C#, później kilka taktów, jak do walczyka. Ty obracasz się w kółko. Potem odwalimy jakieś szybkje wstawkje, pobujasz się jeszcze trochę i kończymy.

- Luz.

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








