CZĘŚĆ X - WIOSKA SŁONI I SPŁYW RWĄCĄ RZEKĄ

Następnego dnia rano opuściliśmy wioskę (o ile tak nazwać można kilka stojących obok siebie na palach domków z bambusa) i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Kliknij aby powiększyć

Już po pierwszej godzinie droga okazała się bardzo męcząca. Głównie ze względu na wysoka temperaturę i bardzo dużą wilgotność powietrza.

Kliknij aby powiększyć

Wędrowaliśmy w grupie kilku osób składającej się z Duńczyków, Niemca, Japonki i Polaka. Mimo, że każdy oddech wydawał się być walka o niezbędną porcję tlenu, nikt nie narzekał, lecz z zaciśniętymi zębami parł do przodu.

Kliknij aby powiększyć

Po kolejnej godzinie nieustannego wspinania się na wzgórza i natychmiastowego z nich schodzenia, ktoś "pękł" pytając przewodnika, jak długo jeszcze będziemy szli. Ten odpowiedział, że już prawie jesteśmy na miejscu, że jeszcze godzinka.

Kliknij aby powiększyć

Gdyby ktoś trącił kijem rój pszczół, który przysiadł na gałęzi drzewa, pewnie znacznie szybciej dotarlibyśmy do celu.

Kliknij aby powiększyć

Krowy zażywające kąpieli w kałuży dodały nam otuchy. "Jeśli one żyją, to i my możemy!".

Kliknij aby powiększyć

"Jeszcze godzinka" rozciągnęła się jednak "cudownie" w pięć i pół godziny. Wreszcie zza wierzchołka kolejnego pagórka wyłonił się upragniony cel - wioska słoni.

Kliknij aby powiększyć

Całe szczęście, bo niektórym z nas ciążyły już pewne sprawy, których nie dało się załatwić po drodze.

Kliknij aby powiększyć

Tak wyglądały wszelkie spotkane w górach toalety. Mimo prostej formy, doskonale spełniały swoje zadanie. Wodę spuszcza się za pomocą garnuszka.

Kliknij aby powiększyć

Z góry zeszła matka prowadząca swego młodego potomka. Ten mimo niewielkiego wzrostu, mógł poszczycić się już poważną wagą i sporą siłą, czego nie omieszkał uczynić napierając na nas w poszukiwaniu pożywienia.

Kliknij aby powiększyć

Kiedy zobaczył obranego banana, natychmiast przypuścił atak rozpychając wszystko na boki głową, nogami zaś tratując plecaki. Dobrze, że nie zostawiłem torby z aparatem na ziemi.

Kliknij aby powiększyć

Dalszą drogę odbędziemy na grzbietach słoni, które czekał "przegląd techniczny" oraz myjnia.

Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć

Ktoś kiedyś powiedział mi, że samiec słonia swoje narządy rozrodcze ulokowane ma pomiędzy przednimi nogami. Pomyślałem - niemożliwe, jednak pozostał cień zwątpienia.
Jeżeli to tylko nie trzecia noga, zdjęcie powinno rozwiać wszelkie wątpliwości.

Kliknij aby powiększyć

Opiekunowie słoni często większość życia spędzają w ich towarzystwie. Nic dziwnego, że wzajemnie doskonale się rozumieją.

Mimo to dochodzi czasem do zabawnych sytuacji. Podczas przeprawy przez bród jedna z samic zatrzymała się niespodziewanie i unosząc beztrosko ogon sprawiła prysznic przewodnikowi, który akurat stał do niej tyłem odbierając bagaż.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Jonathan

Jazda na słoniu nie wymaga od nas żadnych umiejętności. Wystarczy przywiązać dobrze cały sprzęt, siebie najlepiej też. Słonie zadziwiająco pewnie czują się na stromych zboczach, nawet, jeśli po jednej stronie ścieżki zieje stroma przepaść.

Kliknij aby powiększyć

W niektórych momentach kąt nachylenia krzesełka wykonanego ze stalowych prętów i drewna był tak ostry, że z całej siły musieliśmy trzymać się oparć, aby z siedzeń nie wypaść.

Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć

Kolejna wioska okazała się większa niż poprzednia. Tu pożegnaliśmy się ze słoniami i ich opiekunami, po czym zmieniając środek transportu udaliśmy w dalszą drogę.

Kliknij aby powiększyć

Powinienem był napisać "w dalszą podróż", bo zdecydowanie nie odbywała się ona drogą lądową.

Czekał nas spływ rzeką na tratwach skonstruowanych z bambusowych pali łączonych bambusowymi witkami.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Jonathan

Na trójnogim stelażu wiesza się bagaże zawinięte starannie w plastikowe torby. W trosce o sprzęt fotograficzny zapakowałem wszystkie elementy oddzielnie, po czym całą torbę umieściłem w dwóch kolejnych workach.

Nie mogłem ryzykować, dlatego kilka kolejnych zdjęć pochodzi z małego i bardziej poręcznego aparatu Jonathana.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Jonathan

Tratwą steruje dwóch ludzi - jeden z przodu, drugi z tyłu. Używają do tego długich bambusowych pali, przy pomocy których odpychają się od dna.

Aby w pełni zasmakować przygody, dość szybko wraz z duńskim kolegą (z niewiadomych przyczyn również zwanym Piotrkiem), przejęliśmy stery, a raczej kije.

Okazało się, że sterowanie tratwą wcale nie jest łatwe. Trzeba to robić boso, bo klapki spadają ze stóp i bardzo szybko oddalają się z falami.

Ze względu na porę deszczową, ilość wody w rzece powodowała powstawanie silnego prądu i wirów. Spływ okazał się obfity w przygody, które ktoś o słabych nerwach mógłby nazwać niebezpiecznymi.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Jonathan

Tratwa kilkukrotnie zanurzyła się pod powierzchnię wody na głębokość ok. pół metra, zalewając pasażerów po szyję.

Podczas jednego z takich "zejść" uderzyliśmy w kamień. Wiązania pękły - do brzegu dotarliśmy podtrzymując obluzowane pałąki bambusowe.

Wiemy już, w jakim celu bagaż owija się w plastikowe worki.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Jonathan

Kliknij aby powiększyć

Fot. Jonathan

Aby połączyć pale, nie trzeba używać węzłów. Wystarczy skręcić końcówki podłużnych bambusowych liści - włókna zaciskają się wokół siebie tworząc bardzo wytrzymały splot.

Kliknij aby powiększyć

Na kolejnym przystanku zastaliśmy kobietę ze szczepu akha oferującą wyroby rękodzielnicze. Wraz z duńskim Piotrkiem zaopatrzyliśmy się w proce, z których później strzelaliśmy do kur podczas jazdy songaew'em. Oczywiście tak, żeby nie trafiać.

Kliknij aby powiększyć


Fot. Jonathan

Ostatnie spojrzenie rzuca nam Przeokrutny Burek z Piekieł, który według wszelkich przesłanek nie powinien już żyć.



Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.

Następny Top Następny

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18]