Przygoda w górach dobiega końca, my zaś wracamy do Chang-Mai, skąd wyruszymy do Bangkoku, by udać się dalej na południe, gdzie czekają na nas piękne wyspy i słoneczne plaże.
Kierowca postanowił urozmaicić drogę powrotną. Zatrzymał się przy grupie budynków przypominających starą polską farmę (czyt. PGR).
Okazało się, że produkowany jest tu ozdobny papier o pięknej fakturze i żywych kolorach.

Dlaczego jednak Masami patrzy na niego z tak bliska? Czyżby badała strukturę włókien celulozowych? A może jest krótkowzroczna?

Odpowiedź okazuje się prozaiczna. Papier ten wykonano ze słoniowych odchodów.
Dlatego też należy z bliska sprawdzić, czy jest to... wyczuwalne.

Jak wykonać papier ze słoniowej kupy:
- Weź słoniową kupę.
- Wypłucz i wymyj.
- Wygotuj w sodzie kaustycznej.
- Wybiel i zabarw na odpowiedni kolor.
- Dodaj naturalnych włókien i wymieszaj.
- Odważ 300-400 gramów.
- Rozprowadź na ramie z siatką.
- Susz na słońcu przez 3-5 godzin.
- Oddziel papier od siatki.
- Dalsza obróbka.

Proces produkcji nie jest skomplikowany - zaczynamy od selekcji.

Płuczemy i myjemy.

Wygotowujemy z dodatkiem sody kaustycznej.

Mieszamy.

Papier jest gotowy. Ale czy na pewno nic nie czuć? Oczywiście, że nie.

Problem z zakwaterowaniem nie zdarzył nam się ani razu, prawdopodobnie dlatego, że podróżowaliśmy poza sezonem turystycznym.
W zależności od potrzeb, zamiłowania do wygód oraz zasobności portfela, wybrać możemy tani guesthouse bądź luksusowy hotel.
Z racji charakteru naszej podróży nie będę zajmował się tą ostatnią kategorią.
Pisząc o tanim kwaterunku mam na myśli właśnie guesthousy, w których noc spędzić można za cenę ok. 250-500 THB (17-34 PLN). Zależy ona głównie od wyposażenia pokoju. Te z klimatyzacją są o ok. 100-150 THB droższe od wyposażonych jedynie w wentylator podsufitowy.
Dodatkowe wyposażenie to np.: telewizor lub lodówka.
W przypadku pokojów klimatyzowanych, tak naprawdę dopłacamy za klimatyzatory ścienne, które z klimatyzacją mają tyle wspólnego, co "klimatyzacja" montowana w samochodach.
Mimo to, kiedy temperatura w cieniu nie chce spaść poniżej 30 stopni, a wilgotność względna powietrza oscyluje wokół 80%, każdy ruch powietrza przynosi ulgę.

Ta ostatnia przydaje się, kiedy poczujemy chęć na chłodny napój.

Jeśli jednak nie mamy go pod ręka, pozostaje tylko szukać ulgi w wodzie.

Żywność w Tajlandii jest stosunkowo tania, dlatego często zdarza się, że śniadanie, obiad i kolację spożywamy w restauracji.
Na ścianie jednej z nich powieszono rysunek o charakterze dydaktycznym mający zapewne dać do zrozumienia klientom, że "tu na krechę nie dajemy".

Opuszczamy tereny północy pociągiem o nieco wyższym standardzie, niż ten, którym przybyliśmy, by poznać różnice pomiędzy pierwszą a drugą klasą.

A są one następujące:
- nieco czyściej;
- nieco obszerniej;
- klimatyzacja zamiast wentylatorów podsufitowych;
- związany z jej obecnością brak możliwości otwierania okien (spory minus dla kogoś, komu zależy na bliskim kontakcie z otoczeniem).

Zdecydowanie polecam klasę drugą, nie ze względu na różnicę w cenie, a właśnie bliższy kontakt z przepływającym za oknem światem.

Bangkok - tym razem dworzec Hua Lampong posłużył nam jedynie jako punkt tranzytowy - od razu po powrocie zdecydowaliśmy się ruszyć dalej na południe.
Nie udało się jednak uniknąć przygód, które wtedy wydały mi się nieprzyjemne, teraz zaś wspominam je z uśmiechem na twarzy.
Chcąc kupić bilet kolejowy na Phuket, odprawiony zostałem z kwitkiem. Pani w kasie stwierdziła, że miejsc w pociągu już nie ma. Natychmiast też, jak spod ziemi wyrósł przy nas człowiek, oferujący przejazd autobusem po niższej nawet cenie.
Skoro tak, nie ma powodu, aby ofertę odrzucać. Zaprowadzeni zostaliśmy do biura, kulturalnie obsłużeni i poinformowaniu o godzinie odjazdu.
Dziś jestem prawie pewien, że zdarzenie to (jak i wiele innych, w których przyszło nam uczestniczyć), nie było przypadkiem, a efektem sprawnego działania siatki "szemranych" układów, na których opiera się przedsiębiorczość w Tajlandii.


Zdarzały się też wesołe sytuacje, jak na przykład towarzystwo Jasia Fasoli.


Droga okazała się bardzo męcząca - znacznie wygodniej podróżuje się w przedziale sypialnym pociągu.
Mimo dwóch nieprzewidzianych przesiadek oraz konieczności obcowania z wyświetlającym przez pół nocy filmy telewizorem, dotarliśmy do nadbrzeża, z którego na wyspę odpływał prom.

Duża część naszej podróży polegała na ciągłym ruchu. W jednym miejscu najczęściej spędzaliśmy nie więcej niż 2-3 doby. Dlatego też konieczne było ciągłe wyszukiwanie kwaterunku, który spełniałby dwa podstawowe warunki: bezpieczeństwa i niskiej ceny.
Niekiedy, za pośrednictwem przewodnika lub Internetu, udało się wcześniej znaleźć odpowiednie miejsce, w większości przypadków jednak poszukiwanie hostelu rozpoczynało się dopiero po opuszczeniu środka transportu.
Tak było i tym razem - liczyliśmy, że po zejściu z promu natychmiast znajdziemy kolejną "przystań". Niestety... nie tutaj.
Czekało nas niemałe zaskoczenie - zamiast zabudowań, ujrzeliśmy jedynie biegnącą przy brzegu asfaltową drogę. Co kilka minut z portu wyjeżdżały songaew'y zabierając turystów do wybranych przez nich lokacji. My takiej nie mieliśmy, zdaliśmy się zatem na wybór pierwszej zapytanej osoby.

Koh Chang to wyspa zawdzięczająca swoją nazwę kształtowi przypominającemu głowę słonia (chang - słoń).
Zaludniona jest głównie (a być może jedynie) przy brzegu, gdzie wszelki ruch turystyczny odbywa się po prawej stronie od portu. Lewa strona zaludniona jest znacznie rzadziej, a aktywność turystyczna właściwie tam nie występuje.
Wyspa jest dość rozległa - dotarcie do portu rybackiego z jednej strony, czy strzeżonego przez uzbrojonych ludzi kurortu z drugiej, zajmuje przy pomocy samochodu lub motocykla około 40 minut czasu.

Jadąca tym samym songaew'em para Japończyków podaje nazwę ośrodka. My nie mając pojęcia o infrastrukturze wyspy bez wahania decydujemy się pojechać w to samo miejsce.

Pierwsza opcja akomodacji okazała się zdecydowanie nietrafiona - wioska hippisów, bagno, komary. Nocleg w wyplecionych z bambusa bungalowach.
Trudne warunki nie stanowią dla nas przeszkody, pod warunkiem, że jest bezpiecznie. W przewodniku czytałem o przypadkach malarii na wyspie, dlatego (również ze względu na bezpieczeństwo sprzętu fotograficznego), zdecydowaliśmy się poszukać innego miejsca.

Moją uwagę przykuł kierunkowskaz wskazujący drogę do resortu o nazwie "Penny's". Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt nieuniknionego skojarzenia słownego, którego właściciele tego miejsca najwyraźniej nie byli świadomi. Ponadto, w zestawieniu z kolejnym ośrodkiem, nazwa ta nabiera dodatkowego znaczenia.

Penny's okazał się grupą domków położonych w malowniczym miejscu. Mimo, że cena nie była niska (800 THB/dobę), zdecydowaliśmy się tu pozostać.




Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








