Kiedy trafia się w egzotyczne miejsce, zazwyczaj brakuje czasu na to, żeby dobrze mu się przyjrzeć. Jak pogodzić pragnienie poznania jak największej ilości szczegółów z ciasnym zazwyczaj planem podróży?
Wygodnym rozwiązaniem okazuje się wynajęcie skutera.
Zwłaszcza, gdy za każdorazowy kurs songaew'em płacić trzeba około 100 THB (7 PLN), czekać, aż któryś zechce pojawić się na horyzoncie, w dodatku jechać z punktu A do punktu B nie mając praktycznie możliwości zatrzymania się i obejrzenia czegoś, co akurat po drodze wpadło nam w oko.

Dzięki motocyklowym "skokom", w krótkim czasie zwiedzić można znacznie więcej, niż w jakikolwiek inny sposób, nie tracąc równocześnie kontaktu z otoczeniem.

Koszt wynajęcia skutera jest stosunkowo niewielki (ok. 15 PLN za dobę i cały dzień jazdy, razem z paliwem) i wygodny - nikt nie będzie wymagał od nas żadnych dokumentów prócz paszportu.

Przynajmniej nie w miejscach takich, jak Koh Chang, gdzie chyba w ogóle nie ma policji, bo też w tak wspaniałym i pokojowym zakątku świata nie miałaby nic do roboty.
(Gdzie indziej bywa różnie, o czym napiszę w odcinku opowiadającym o wyspie Phuket).
Problem w tym, że warunki ruchu drogowego w Tajlandii przypominają "wolną amerykankę". Większy ma pierwszeństwo, na jeden samochód przypada pięć motocykli wściekle bzyczących z każdej strony i w każdej chwili.
Tutaj na szczęście ruch jest niewielki, można więc nabrać wprawy.

Mimo, że plan podróży był dość napięty, Koh Chiang w dziwny sposób oczarowała nas tak, że nie dało się jej szybko opuścić. Spędziliśmy tu kilka dni podróżując skuterem od jednego końca wyspy do drugiego.

W trakcie wypadu w kierunku nieaktywnej turystycznie części wyspy, mieliśmy okazję zagłębić się w atmosferze spokojnie płynącego życia jej mieszkańców.

Próbowaliśmy nawiązać kontakt z właścicielami sklepów i stacji benzynowej (z bardzo dobrym skutkiem od strony radości z egzotyki tego miejsca i bardzo słabym, pod względem wymiany jakiejkolwiek informacji).
Oglądaliśmy też oczyszczalnię ścieków.


Wspinaliśmy się naszym skuterem po błotnistych czerwonych drogach, innym razem desperacko szukaliśmy kogoś, kto zechciałby sprzedać nam nieco benzyny.

Niestety... zmęczony obowiązkiem ciągłej dokumentacji, tego dnia pozostawiłem aparat w domku. Nie zabraliśmy nawet małego kompaktu Masami (z którego pochodzi zresztą duża część zdjęć w tym odcinku).
Dlatego nie będę szczegółowo opisywał tych zdarzeń... bo płakać mi się chce, kiedy nie mogę wrócić do tych miejsc oglądając fotografie.
Trzeba być twardym i robić zdjęcia wszędzie i zawsze. Na odpoczynek będzie czas po powrocie do domu! (Powyższe fotografie pochodzą z kilku innych wypraw na drugą stronę wyspy).

Innego dnia zauważyłem, że ktoś usilnie stara się nas dogonić. Spoglądam w lusterko, gęby jakieś japońskie. Masami twierdzi, że pewnie mi się wydaje.
Przyspieszam, bo Japończyk, czy nie, nie można przecież dać się wyprzedzić. W pewnej chwili pościg się załamuje, a jadący za nami skuter skręca w kierunku jednej z osad.
Po niedługim czasie zatrzymujemy się jednak, by zapoznać się z ofertą mijanej sauny. Nie trzeba długo czekać, by znajome "japońskie gęby" wyłoniły się zza zakrętu.
Okazało się, że to Takumi i Kuoki, ci sami Japończycy, których spotkaliśmy kilka dni temu w pociągu do Chiang Mai.

Tutaj, ponad tysiąc kilometrów na południe, nasze drogi znów się przecięły. Z radości postanowiliśmy spotkać się wieczorem na kolacji.

Wybraliśmy się do jednej z pływających restauracji w rybackiej wiosce na prawym krańcu wyspy (droga prowadzi po obwodzie, nie łączy się jednak, pozostawiając pewien swój fragment poza naszym zasięgiem).

Mięso kraba jest pyszne, trzeba się jednak bardzo napracować, aby wydłubać jego drobne kawałki z kleszczy i innych części pancerza. Zdecydowanie lepsze pod tym względem są homary (przypuszczam, że w smaku przypominają nasze raki, nie wiem tego jednak, bo nigdy ich niestety nie próbowałem).

Takumi i Kouki przebywają w Tajlandii już od miesiąca, mają więc o czym opowiadać. Kouki (ten w kapeluszu), z wielką dumą pokazuje zdjęcia pewnej ślicznej Tajlandki, która według jego słów "zgwałciła" go kilka dni temu na wyspie Phuket.
Po kolacji rozstajemy się i niestety więcej już nie spotykamy. Trzeba było wymienić się chociaż adresami...

Patrząc od portu w prawo, na "końcu" wyspy znajduje się rybacka wioska Bang Bao. Domy ustawione na palach połączone są pomostami tworzącymi uliczki, na których odbywa się żywiołowy handel.

Ludzie żyją tu bardzo skromnie, a źródłem przychodu są dla nich głównie restauracje oferujące mnóstwo gatunków świeżo odłowionych owoców morza oraz liczne kluby płetwonurkowe.

Wioskę trudno nazwać piękną. Sklecona z odpadowych kawałków drewna, blachy falistej i włókna szklanego, sprawia wrażenie często nawiedzanej kataklizmami.


Niedaleko, prosto z wody wyrastają chatki przynależące do ośrodka Bang Bao Sea Hut.


Wiele łodzi rybackich przekwalifikowano - służą one teraz firmom oferującym podwodne wypady zarówno amatorom, jak i bardziej zaawansowanym płetwonurkom.
Z naszym skromnym dość doświadczeniem zaliczamy się zdecydowanie do tej pierwszej grupy.

Na wyprawę umówiliśmy się poprzedniego dnia rano. Grupa organizująca nurkowania robi to dość profesjonalnie: odbiera nas z miejsca zakwaterowania, dowozi do portu, przeprowadza podstawowe szkolenie, później na łodzi zapewnia napoje i pożywienie.

Samochód, który odebrał nas rano nawet prawie się nie spóźnił. Dowiedzieliśmy się, że dzisiejsza grupa liczy cztery osoby - oprócz nas, płynie para z Ukrainy.
Młoda para, bo jak się później okazało, spędzająca w Tajlandii miesiąc miodowy.
Podjeżdżamy pod elegancki hotel i czekamy... Po dłuższej chwili do samochodu wsiada korpulentny chłopak obwieszony złotymi łańcuchami i śliczna blondynka. Spóźnili się, bo on zaciął się przy goleniu i musiał opatrzyć "ranę".

W pewnym momencie na łodzi, Wołodia wyciąga kosmetyczkę, a z niej wacik i podkład pod makijaż (tu, obok Masami, z aparatem - przecież nie mogłem robić sensacji).
Nie wierzę własnym oczom - chłopak przyjechał do Tajlandii, wybrał się nurkować i na kilka minut przed wejściem do wody pudruje rankę, żeby nie było jej widać.
Mimo pewnej maniery w zachowaniu, okazało się jednak, że jest bardzo sympatycznym gościem - młodym inżynierem budowlanym.

Zdjęć z nurkowania również jest niewiele, z prozaicznego powodu... osłabienia żołądka. Do tej pory zdarzyło się nam to już dwa razy. Dlatego też, tak, jak przedtem, osłabiony organizm nie dał sobie rady z bujaniem łodzi.
Łodzie rybackie na Koh Chang mają obłe dno. W obu płaszczyznach. Dlatego kiedy się kołyszą, robią to na wszystkie strony.
Masami zupełnie odpadła (całą wycieczkę przespała w kajucie), mnie mocno mdliło, jednak po założeniu sprzętu i wskoczeniu do wody ustało.
Niestety... po powrocie z pierwszego nurkowania, nie dałem rady. Nasza łódź wyposażona była w toaletę, udało się więc uniknąć spektakularnego kolorowania wody.
Oprócz przyzwyczajonych do tego Tajlandczyków, nikt nie czuł się dobrze.

Trzeba być jednak "twardym, a nie miętkim", przywdziewam więc klamoty i znowu do wody!
Podczas nurkowania z rurką, zawsze miałem problem z zejściem na większą głębokość niż 5 metrów. Mimo szczegółowego wykonywania wszelkich zaleceń dotyczących wyrównywania ciśnienia, ból zawsze zwyciężał.
Słyszałem co nieco o pękających bębenkach, dlatego kiedy i tym razem poczułem znajome ciśnienie w uszach, pomyślałem, że na tym kończy się moja przygoda.
Przewodnik, który pływał z nami dawał wyraźnie do zrozumienia, żeby nie przejmować się tak błahą rzeczą, jak bębenki (bo przecież odrosną), dlatego dzięki jego pewności siebie i wsparciu udało mi się przezwyciężyć słabość ciała i zejść na głębokość kilkunastu metrów.
Po przełamaniu bolesnej bariery, z którą do tej pory przegrywałem, bez przeszkód już i bez większego wysiłku miałem okazję podziwiać uroki "podwodnego miasta".

Najbardziej spodobał mi się jeżowiec. Rybka znana jest z charakterystycznego wyglądu - przypomina nabitą kolcami kulkę.
Tak jednak wygląda dopiero, kiedy poczuje się zagrożona, lub kiedy jakiś niepoważny turysta wyprowadzi ją z równowagi. W zwyczajnych okolicznościach niczym szczególnym się nie wyróżnia.
Mimo to, kiedy w pobliżu pojawiła się śmiesznie ociężała rybka rozpoznałem w niej jeżowca. Płynęła kolebiąc się na boki tak powoli, że nie miałem najmniejszego problemu, żeby ją złapać, a raczej położyć na dłoni.
Czekam na reakcję... nic. Trykam ją palcem raz... nic. Drugi... nic. Trzeci... powoooli i leniwie rybka zaczyna się nadymać, aż osiąga swój pokazowy kształt kolczastej kulki.
Jeśli to jest mechanizm obronny, dziwię się, że udało się jej przetrwać w kontakcie z drapieżnikami.
Więcej o nurkowaniu napiszę w reportażu z Australii, gdzie "podwodne wyprawy" odbywały się bardzo często.

Chłopaki raczą się piwkiem po ciężkim dniu pracy. Ten w zielonych spodenkach z lewej strony i ten w białych "boardies" z tyłu to nasi instruktorzy.

Koh Chang to jedno z tych miejsc, gdzie hippisowska atmosfera relaksu, radości i swobody nie tylko przetrwała zmiany polityczno-społeczne na świecie, ale wciąż przyciąga miłośników beztroskiego życia.

Jedna z osad, na którą trafiliśmy wydawała się jednak opuszczona. Domyślam się, że w sezonie turystycznym miejsce to całkowicie odmienia swoje oblicze.

Dziwnym trafem każdy spotkany w podróży po Tajlandii piesek miał coś zabawnego w swoim wyglądzie.

Ten też.

Staram się wyobrazić sobie to miejsce w promieniach słońca, kiedy ludzie siedzą przy stolikach grając w karty, śpiewając i popijając drinki. Być może kiedyś odwiedzę Tajlandię ponownie w innym okresie i będzie mi dane ich spotkać.

Teraz jednak z radością chłonę otaczającą to miejsce aurę, która mimo braku gości wciąż wydaje się być namacalna.

Ostatni dzień pobytu na wyspie spędziliśmy w prowadzonym przez pewnego Szkota ośrodku "zdrowego ciała i ducha" wypacając się w saunie oraz oddając relaksującemu masażowi z użyciem olejków aromatycznych.
Wieczorem zaś, w drodze powrotnej, odwiedziliśmy nocne targowisko, gdzie Tajlandczycy zatrzymywali się, aby przekąsić ostatni posiłek dnia.


Ciekawostką okazał się sprzedawany w woreczkach foliowych posiłek na bazie różowego makaronu. Nie byliśmy głodni, poprzestaliśmy więc na jednej porcji, która okazała się tak pikantna, że zmuszeni byliśmy zadowolić się pojedynczo odławianymi smakołykami.

Tak skończyła się wizyta na wyspie Koh Chang, pięknej, gościnnej i wciąż owianej rąbkiem tajemnicy. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tu wrócę.

Na razie jednak porzucamy sentymenty, bo czeka nas dalsza część przygody!
Do zobaczenia, Koh Chang!
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








