CZĘŚĆ XII - SKUTERY I NURKOWANIE

DWA KÓŁKA - MNÓSTWO RADOŚCI

Kiedy trafia się w egzotyczne miejsce, zazwyczaj brakuje czasu na to, żeby dobrze mu się przyjrzeć. Jak pogodzić pragnienie poznania jak największej ilości szczegółów z ciasnym zazwyczaj planem podróży?

Wygodnym rozwiązaniem okazuje się wynajęcie skutera.

Zwłaszcza, gdy za każdorazowy kurs songaew'em płacić trzeba około 100 THB (7 PLN), czekać, aż któryś zechce pojawić się na horyzoncie, w dodatku jechać z punktu A do punktu B nie mając praktycznie możliwości zatrzymania się i obejrzenia czegoś, co akurat po drodze wpadło nam w oko.

Kliknij aby powiększyć

Dzięki motocyklowym "skokom", w krótkim czasie zwiedzić można znacznie więcej, niż w jakikolwiek inny sposób, nie tracąc równocześnie kontaktu z otoczeniem.

Kliknij aby powiększyć

Koszt wynajęcia skutera jest stosunkowo niewielki (ok. 15 PLN za dobę i cały dzień jazdy, razem z paliwem) i wygodny - nikt nie będzie wymagał od nas żadnych dokumentów prócz paszportu.

Kliknij aby powiększyć

Przynajmniej nie w miejscach takich, jak Koh Chang, gdzie chyba w ogóle nie ma policji, bo też w tak wspaniałym i pokojowym zakątku świata nie miałaby nic do roboty.
(Gdzie indziej bywa różnie, o czym napiszę w odcinku opowiadającym o wyspie Phuket).

Problem w tym, że warunki ruchu drogowego w Tajlandii przypominają "wolną amerykankę". Większy ma pierwszeństwo, na jeden samochód przypada pięć motocykli wściekle bzyczących z każdej strony i w każdej chwili.

Tutaj na szczęście ruch jest niewielki, można więc nabrać wprawy.

Kliknij aby powiększyć

Mimo, że plan podróży był dość napięty, Koh Chiang w dziwny sposób oczarowała nas tak, że nie dało się jej szybko opuścić. Spędziliśmy tu kilka dni podróżując skuterem od jednego końca wyspy do drugiego.

Kliknij aby powiększyć

W trakcie wypadu w kierunku nieaktywnej turystycznie części wyspy, mieliśmy okazję zagłębić się w atmosferze spokojnie płynącego życia jej mieszkańców.

Kliknij aby powiększyć

Próbowaliśmy nawiązać kontakt z właścicielami sklepów i stacji benzynowej (z bardzo dobrym skutkiem od strony radości z egzotyki tego miejsca i bardzo słabym, pod względem wymiany jakiejkolwiek informacji).
Oglądaliśmy też oczyszczalnię ścieków.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Masami Shibata

Kliknij aby powiększyć

Wspinaliśmy się naszym skuterem po błotnistych czerwonych drogach, innym razem desperacko szukaliśmy kogoś, kto zechciałby sprzedać nam nieco benzyny.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Masami Shibata

Niestety... zmęczony obowiązkiem ciągłej dokumentacji, tego dnia pozostawiłem aparat w domku. Nie zabraliśmy nawet małego kompaktu Masami (z którego pochodzi zresztą duża część zdjęć w tym odcinku).

Dlatego nie będę szczegółowo opisywał tych zdarzeń... bo płakać mi się chce, kiedy nie mogę wrócić do tych miejsc oglądając fotografie.

Trzeba być twardym i robić zdjęcia wszędzie i zawsze. Na odpoczynek będzie czas po powrocie do domu! (Powyższe fotografie pochodzą z kilku innych wypraw na drugą stronę wyspy).

Kliknij aby powiększyć

Fot. Masami Shibata

Innego dnia zauważyłem, że ktoś usilnie stara się nas dogonić. Spoglądam w lusterko, gęby jakieś japońskie. Masami twierdzi, że pewnie mi się wydaje.

Przyspieszam, bo Japończyk, czy nie, nie można przecież dać się wyprzedzić. W pewnej chwili pościg się załamuje, a jadący za nami skuter skręca w kierunku jednej z osad.

Po niedługim czasie zatrzymujemy się jednak, by zapoznać się z ofertą mijanej sauny. Nie trzeba długo czekać, by znajome "japońskie gęby" wyłoniły się zza zakrętu.

Okazało się, że to Takumi i Kuoki, ci sami Japończycy, których spotkaliśmy kilka dni temu w pociągu do Chiang Mai.

Kliknij aby powiększyć

Tutaj, ponad tysiąc kilometrów na południe, nasze drogi znów się przecięły. Z radości postanowiliśmy spotkać się wieczorem na kolacji.

Kliknij aby powiększyć

Wybraliśmy się do jednej z pływających restauracji w rybackiej wiosce na prawym krańcu wyspy (droga prowadzi po obwodzie, nie łączy się jednak, pozostawiając pewien swój fragment poza naszym zasięgiem).

Kliknij aby powiększyć

Mięso kraba jest pyszne, trzeba się jednak bardzo napracować, aby wydłubać jego drobne kawałki z kleszczy i innych części pancerza. Zdecydowanie lepsze pod tym względem są homary (przypuszczam, że w smaku przypominają nasze raki, nie wiem tego jednak, bo nigdy ich niestety nie próbowałem).

Kliknij aby powiększyć

Takumi i Kouki przebywają w Tajlandii już od miesiąca, mają więc o czym opowiadać. Kouki (ten w kapeluszu), z wielką dumą pokazuje zdjęcia pewnej ślicznej Tajlandki, która według jego słów "zgwałciła" go kilka dni temu na wyspie Phuket.

Po kolacji rozstajemy się i niestety więcej już nie spotykamy. Trzeba było wymienić się chociaż adresami...

KOLEJNY DZIEŃ - POD WODĘ!

Kliknij aby powiększyć

Patrząc od portu w prawo, na "końcu" wyspy znajduje się rybacka wioska Bang Bao. Domy ustawione na palach połączone są pomostami tworzącymi uliczki, na których odbywa się żywiołowy handel.

Kliknij aby powiększyć

Ludzie żyją tu bardzo skromnie, a źródłem przychodu są dla nich głównie restauracje oferujące mnóstwo gatunków świeżo odłowionych owoców morza oraz liczne kluby płetwonurkowe.

Kliknij aby powiększyć

Wioskę trudno nazwać piękną. Sklecona z odpadowych kawałków drewna, blachy falistej i włókna szklanego, sprawia wrażenie często nawiedzanej kataklizmami.

Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć

Niedaleko, prosto z wody wyrastają chatki przynależące do ośrodka Bang Bao Sea Hut.

Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć

Wiele łodzi rybackich przekwalifikowano - służą one teraz firmom oferującym podwodne wypady zarówno amatorom, jak i bardziej zaawansowanym płetwonurkom.

Z naszym skromnym dość doświadczeniem zaliczamy się zdecydowanie do tej pierwszej grupy.

Kliknij aby powiększyć

Na wyprawę umówiliśmy się poprzedniego dnia rano. Grupa organizująca nurkowania robi to dość profesjonalnie: odbiera nas z miejsca zakwaterowania, dowozi do portu, przeprowadza podstawowe szkolenie, później na łodzi zapewnia napoje i pożywienie.

Kliknij aby powiększyć

Samochód, który odebrał nas rano nawet prawie się nie spóźnił. Dowiedzieliśmy się, że dzisiejsza grupa liczy cztery osoby - oprócz nas, płynie para z Ukrainy.

Młoda para, bo jak się później okazało, spędzająca w Tajlandii miesiąc miodowy.

Podjeżdżamy pod elegancki hotel i czekamy... Po dłuższej chwili do samochodu wsiada korpulentny chłopak obwieszony złotymi łańcuchami i śliczna blondynka. Spóźnili się, bo on zaciął się przy goleniu i musiał opatrzyć "ranę".

Kliknij aby powiększyć

W pewnym momencie na łodzi, Wołodia wyciąga kosmetyczkę, a z niej wacik i podkład pod makijaż (tu, obok Masami, z aparatem - przecież nie mogłem robić sensacji).

Nie wierzę własnym oczom - chłopak przyjechał do Tajlandii, wybrał się nurkować i na kilka minut przed wejściem do wody pudruje rankę, żeby nie było jej widać.

Mimo pewnej maniery w zachowaniu, okazało się jednak, że jest bardzo sympatycznym gościem - młodym inżynierem budowlanym.

Kliknij aby powiększyć

Zdjęć z nurkowania również jest niewiele, z prozaicznego powodu... osłabienia żołądka. Do tej pory zdarzyło się nam to już dwa razy. Dlatego też, tak, jak przedtem, osłabiony organizm nie dał sobie rady z bujaniem łodzi.

Łodzie rybackie na Koh Chang mają obłe dno. W obu płaszczyznach. Dlatego kiedy się kołyszą, robią to na wszystkie strony.

Masami zupełnie odpadła (całą wycieczkę przespała w kajucie), mnie mocno mdliło, jednak po założeniu sprzętu i wskoczeniu do wody ustało.

Niestety... po powrocie z pierwszego nurkowania, nie dałem rady. Nasza łódź wyposażona była w toaletę, udało się więc uniknąć spektakularnego kolorowania wody.

Oprócz przyzwyczajonych do tego Tajlandczyków, nikt nie czuł się dobrze.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Masami Shibata

Trzeba być jednak "twardym, a nie miętkim", przywdziewam więc klamoty i znowu do wody!

Podczas nurkowania z rurką, zawsze miałem problem z zejściem na większą głębokość niż 5 metrów. Mimo szczegółowego wykonywania wszelkich zaleceń dotyczących wyrównywania ciśnienia, ból zawsze zwyciężał.

Słyszałem co nieco o pękających bębenkach, dlatego kiedy i tym razem poczułem znajome ciśnienie w uszach, pomyślałem, że na tym kończy się moja przygoda.

Przewodnik, który pływał z nami dawał wyraźnie do zrozumienia, żeby nie przejmować się tak błahą rzeczą, jak bębenki (bo przecież odrosną), dlatego dzięki jego pewności siebie i wsparciu udało mi się przezwyciężyć słabość ciała i zejść na głębokość kilkunastu metrów.

Po przełamaniu bolesnej bariery, z którą do tej pory przegrywałem, bez przeszkód już i bez większego wysiłku miałem okazję podziwiać uroki "podwodnego miasta".

Kliknij aby powiększyć

Fot. Masami Shibata

Najbardziej spodobał mi się jeżowiec. Rybka znana jest z charakterystycznego wyglądu - przypomina nabitą kolcami kulkę.

Tak jednak wygląda dopiero, kiedy poczuje się zagrożona, lub kiedy jakiś niepoważny turysta wyprowadzi ją z równowagi. W zwyczajnych okolicznościach niczym szczególnym się nie wyróżnia.

Mimo to, kiedy w pobliżu pojawiła się śmiesznie ociężała rybka rozpoznałem w niej jeżowca. Płynęła kolebiąc się na boki tak powoli, że nie miałem najmniejszego problemu, żeby ją złapać, a raczej położyć na dłoni.

Czekam na reakcję... nic. Trykam ją palcem raz... nic. Drugi... nic. Trzeci... powoooli i leniwie rybka zaczyna się nadymać, aż osiąga swój pokazowy kształt kolczastej kulki.

Jeśli to jest mechanizm obronny, dziwię się, że udało się jej przetrwać w kontakcie z drapieżnikami.

Więcej o nurkowaniu napiszę w reportażu z Australii, gdzie "podwodne wyprawy" odbywały się bardzo często.

Kliknij aby powiększyć

Chłopaki raczą się piwkiem po ciężkim dniu pracy. Ten w zielonych spodenkach z lewej strony i ten w białych "boardies" z tyłu to nasi instruktorzy.

Fot. Masami Shibata

Kliknij aby powiększyć

Fot. Masami Shibata

WIOSKA HIPPISÓW I NOCNE TARGOWISKO

Koh Chang to jedno z tych miejsc, gdzie hippisowska atmosfera relaksu, radości i swobody nie tylko przetrwała zmiany polityczno-społeczne na świecie, ale wciąż przyciąga miłośników beztroskiego życia.

Kliknij aby powiększyć

Jedna z osad, na którą trafiliśmy wydawała się jednak opuszczona. Domyślam się, że w sezonie turystycznym miejsce to całkowicie odmienia swoje oblicze.

Kliknij aby powiększyć

Dziwnym trafem każdy spotkany w podróży po Tajlandii piesek miał coś zabawnego w swoim wyglądzie.


Ten też.

Kliknij aby powiększyć

Staram się wyobrazić sobie to miejsce w promieniach słońca, kiedy ludzie siedzą przy stolikach grając w karty, śpiewając i popijając drinki. Być może kiedyś odwiedzę Tajlandię ponownie w innym okresie i będzie mi dane ich spotkać.

Kliknij aby powiększyć

Teraz jednak z radością chłonę otaczającą to miejsce aurę, która mimo braku gości wciąż wydaje się być namacalna.

Kliknij aby powiększyć

Ostatni dzień pobytu na wyspie spędziliśmy w prowadzonym przez pewnego Szkota ośrodku "zdrowego ciała i ducha" wypacając się w saunie oraz oddając relaksującemu masażowi z użyciem olejków aromatycznych.

Wieczorem zaś, w drodze powrotnej, odwiedziliśmy nocne targowisko, gdzie Tajlandczycy zatrzymywali się, aby przekąsić ostatni posiłek dnia.

Kliknij aby powiększyć

Kliknij aby powiększyć

Ciekawostką okazał się sprzedawany w woreczkach foliowych posiłek na bazie różowego makaronu. Nie byliśmy głodni, poprzestaliśmy więc na jednej porcji, która okazała się tak pikantna, że zmuszeni byliśmy zadowolić się pojedynczo odławianymi smakołykami.

Kliknij aby powiększyć

Fot. Masami Shibata

Tak skończyła się wizyta na wyspie Koh Chang, pięknej, gościnnej i wciąż owianej rąbkiem tajemnicy. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tu wrócę.

Kliknij aby powiększyć

Na razie jednak porzucamy sentymenty, bo czeka nas dalsza część przygody!

Do zobaczenia, Koh Chang!



Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.

Następny Top Następny

[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18]