Drogę powrotną do Bangkoku, który i tym razem posłużył nam jako punkt tranzytowy, odbyliśmy autobusem, podziwiając okolice z jego okien.

O świcie na przedmieściach mijamy ludzi jadących do pracy.
Widoczny na zdjęciu samochód ma niemalże "pusty przebieg". Zaledwie ośmiu mężczyzn w pick-up'ie to przecież prawdziwe marnotrawstwo.

Tu zagospodarowanie miejsca jest znacznie bardziej ekonomiczne i dużo lepiej odpowiada lokalnym standardom.
Ci robotnicy budowlani, upchani niczym sardynki w puszce, niebawem już dokonają "dekompresji" i rozpoczną kolejny dzień przy budowie nowego przęsła wielopoziomowej autostrady.

Zbliżamy się do centrum. Za oknem pojawiają się pierwsze drapacze chmur.

Jednym z nich jest okazały budynek browarów Singha. Korporacja Singha to największy w Tajlandii producent, a zarazem eksporter piwa. Wytwarza jednak również inne produkty, na przykład wodę mineralną, napoje chłodzące oraz energetyzujące.
Piwo jest smaczne, woda też, innych produktów spod znaku Singha nie miałem okazji skosztować.

Samochody przejeżdżające przez bramki na końcu autostrady świadczą o sporym rozłamie pomiędzy biedną i bogatą warstwą społeczeństwa Tajlandii.
Podczas podróży pociągiem kilkukrotnie zauważyłem jednak dziwną prawidłowość. Przed domami zdecydowanie nierobiącymi wrażenia luksusowych, dumnie prezentowały się luksusowe auta.
Podobne zjawisko daje się dostrzec wśród Chińskich emigrantów w Australii. Podczas pracy, zdarzyło mi się trafić do zaniedbanego i odrapanego mieszkania, którego właściciel poruszał szczycił się posiadaniem nowego modelu mercedesa.

Dla niektórych ludzi jedynym środkiem transportu, a zarazem miejscem pracy pozostanie mała budka o napędzie... nożnym.

Inni większość dnia spędzają w okolicach głównych dróg (także pod wiaduktami), oferując przechodniom przekąski (bardzo smaczne, na marginesie).
Przypuszczam jednak, że błędem byłoby generalizowanie tych przypadków.

Jak wspomniałem wcześniej, Tajlandczycy uwielbiają swojego króla oraz całą rodzinę królewską. Do tego stopnia, że wizerunki ukochanego władcy Bhumibola oraz jego małżonki - królowej Sirikit, pojawiają się na billboardach w kluczowych punktach dużych i małych miast.
Codziennie o ósmej rano oraz ponownie, o szóstej wieczorem, na głównym dworcu kolejowym Bangkoku, Hualampong, przez megafony odtwarzany jest hymn narodowy. Podobno (choć sam tego nie widziałem) ludzie zatrzymują się i słuchają go w skupieniu.
Turyści odwiedzający Tajlandię powinni mieć na uwadze uwielbienie, jakim cieszy się rodzina królewska. Z pewnością nie powinni publicznie jej krytykować.
Pewien francuski turysta, który zrobił to w 1995 roku udając się do Bangkoku samolotem, został aresztowany zaraz po wylądowaniu. Nie znam jego dalszych losów, jednak z pewnością spotkały go poważne nieprzyjemności.
Turyści szanować powinni nie tylko dobre imię monarchów, ale również ich wizerunki. Przykład - na banknotach widnieją wizerunki członków rodziny królewskiej, dlatego należy unikać praktyk polegających na chowaniu pieniędzy do buta.

Oto i Bangkok. Z daleka robi duże wrażenie swoją monumentalnością...

...aby z bliska odkryć przed nami swoje mroczne sekrety.
Przeciskając się przez zatłoczone ulice docieramy wreszcie do dworca Hualampong z zamiarem jak najszybszego zabezpieczenia biletów na pociąg, by wieczorem ruszyć na południe, gdzie czaka nas raj turystów - wyspa Phuket.

Nie udaje się jednak uniknąć "przygód", do których zdążyliśmy się już zresztą przyzwyczaić.
Na Phuket planujemy pojechać pociągiem sypialnym. Jeśli nie chcemy tracić dnia na podróż (czasu jest zawsze zbyt mało, dlatego nigdy tego nie chcemy), najlepiej jest przemieszczać się w nocy.
Niestety... pani w okienku kasy kolejowej informuje, że biletów na Phuket zabrakło. Czy to możliwe, żeby nie było miejsca w pociągu? Być może. Nie zamierzam się sprzeczać, odchodzę więc w poszukiwaniu innej opcji.
I tu jak spod ziemi wyskakuje "naganiacz", proponując przejazd autobusem znanego mu biura podróży, które znajduje się na na piętrze dworca. Kusi dobrą ceną. Porównujemy - rzeczywiście oferta okazuje się kusząca.
Biuro podróży, do którego nas "zagoniono" prezentuje się bardzo przyzwoicie. Katalogi, komputery, grzeczne panie... Mimo to, do dziś przekonany jestem, że sprawa została "nagrana".

Autobus okazał się nowoczesny, klimatyzowany i... różowy. Zarówno z zewnątrz, jak i od środka (niestety nie mam swojego zdjęcia - tutaj wnętrze jest niebieskie).
W środku nocy zatrzymaliśmy się przy małym motelu. Kierowca gdzieś zniknął i nikt nie potrafił nam powiedzieć, dlaczego nie jedziemy dalej. Wcześniej poinformowano nas, że będziemy przesiadać się do innego autobusu, na końcu zaś do małego busa.
Miało to jednak nastąpić znacznie później. Znaliśmy godziny odjazdu dla kolejnych etapów, dlatego wszyscy niepokoili się tym, że raczej nie ma już szans zdążyć na czas.
W końcu kierowca wrócił zapewniając nas, że zdązymy. Sam jednak nie wierzył chyba w swoje słowa. Oczywiście nie zdążyliśmy. Trzeba było czekac na kolejny autobus.
Nic złego się nie stało, a wszelkie formalności związane z biletami załatwiono za nas, nikt chyba jednak nie lubi uczucia, kiedy wiemy, że nie zdążymy na czas.
Mimo wszelkich przeszkód i niedogodności dotarliśmy na największą wyspę Tajlandii - Phuket.

Gdybym chciał w kilku słowach oddać jej atmosferę, powiedziałbym, że jest to turystyczny raj o dużym zatłoczeniu w centrum i w przybrzeżnych rejonach (czego nie widać na powyższym zdjęciu) oraz wolnej od nawału ludzi otwartej przestrzeni w pozostałej jej części.

Dla tych, którzy lubią wypoczynek na plaży, Phuket z pewnością ma wiele do zaoferowania.
Można tu nie tylko zażywac kąpieli słonecznych, ale i aktywnie spędzać czas rozpruwając fale na skuterze wodnym, wznosząc się nad powierzchnią morza na paralotni, czy zejść pod wodę z butlą w poszukiwaniu egzotycznych gatunków ryb.

Również i tu, warto wypożyczyć skuter lub motocykl i zapuścić się w głąb wyspy, by odpocząć od międzynarodowego tłumu.
Dla nas, bardziej niż leżaki z parasolkami ustawione na plaży w kilku rzędach jeden przy drugim, atrakcyjne były górskie drogi i dzikie wybrzeże, dlatego nie mogę pochwalić się zdjęciami zrobionymi na ruchliwych ulicach miasta, choć tam też spędziliśmy dużo czasu.

Pewnego dnia, podczas jednej ze skuterowych wycieczek, zatrzymani zostaliśmy przez patrol policyjny. Bez widocznego powodu, bo też na skuterze nie tak łatwo przekroczyć dozwoloną prędkość (o ile nie jedziemy z górki).
Co w takiej sytuacji robi człowiek, który nie ma prawa jazdy na motocykl, nie wie, jakie przepisy obowiązują w obcym kraju, a jego międzynarodowe prawo jazdy po wypadku w pralce wygląda gorzej niż papirusy odnalezione w Egipcie?
Przede wszystkim nie traci zimnej krwi.
Z policjantem należy rozmawiać przyjaźnie, zainteresować się jego pracą, równocześnie odwracając jego uwagę od służbowych obowiązków.
Nasza przewaga polega na tym, ze z oczywistych względów nie porozumiewamy się po tajsku, lecz po angielsku. Policjant czuje się niepewnie, z drugiej zaś strony cieszy się, że ma okazję podszlifować język.
Padają standardowe pytania - skąd jesteście, jak Wam się podoba w Tajlandii, itp. Grzecznie odpowiadamy, policjant ogląda dokumenty, po czym puszcza nas w dalszą drogę.
Ufff... Ale co to? Po przejechaniu mniej niż pół kilometra trafiamy na kolejny patrol. Pytam, czy to jakiś Dzień Policji.
- Sprzątamy - pada lakoniczna odpowiedź.
Tym razem policjant po obejrzeniu polskiego prawa jazdy pyta, dlaczego nie ma tam informacji o pozwoleniu na prowadzenie jednośladów.
Ja na to z pełnym spokojem i pewnością siebie (choć tak naprawdę nie czuję się tak pewnie) odpowiadam, że w Polsce data w odpowiedniej rubryce pokrywa również wszystkie poprzednie pozycje (w moim przypadku A1, A i B1, bo mam kategorię B).
- Achaa... - odpowiada policjant, następuje standardowa wymiana uprzejmości, po czym ruszany dalej.
Za chwilę, na skrzyżowaniu mijamy kolejny patrol, który już nas na szczęście nie zatrzymuje. Uzgadniamy, że "do trzech razy sztuka" i wracamy odstawić skuter. Dziś już jeździć nie będziemy.

Bardzo powszechnym w Tajlandii widokiem (tutaj widocznym na każdym kroku), jest piękna młoda Tajka spacerująca z dużo od siebie starszym białym mężczyzną.
Kobiety te (często zamężne i posiadające dzieci) najmują się turystom jako osobiste przewodniczki i kucharki, często też pozwalając przesunąć granice znajomości dużo dalej. Nie wyglądają przy tym na szczególnie stłamszone i upokorzone. Inna kultura - inne obyczaje.
Wizerunek ten tak mocno zakorzenił się życiu codziennym, że Masami wielokrotnie brana była za Tajkę i zaczepiana przez "swoich rodaków".
Pewnego popołudnia, pewien Tajlandczyk zaczął mówiąc do niej w swoim języku, nie zwracając uwagi na wzrastające zdziwienie Masami. Odszedł dopiero wtedy, kiedy po angielsku powiedziała mu, że nic nie rozumie.
Obserwująca zdarzenie kobieta wytłumaczyła nam, że chodziło o listę dotyczącą wyborów samorządowych, szczegółów jednak nie pamiętam.
Innym razem, w podobnej sytuacji, Masami nie wytrzymała i ze złością oznajmiła zaczepiającym ją handlarzom, że jest Japonką. Jeden z nich po chwili krótkiej konsternacji wyrzucił z siebie jedno z niewielu znanych przez siebie japońskich słów:
- Chinko!
Znaczenia proszę się domyślić samemu. Podpowiedzieć mogę jedynie, żeby nigdy w towarzystwie Japończyków nie wznosić toastu używając włoskiego zwrotu cin-cin.

Obserwacja prac publicznych w Tajlandii przywodzi na myśl hasło ze znanego polskiego filmu: - Przepisy BHP są takie, że jak się wchodzi, to się puka.
Drabiny wykonane są z bambusowych pędów, jeśli szczęście dopisze, nie powinno być zwarcia.


Za pomocą long tail boat, czyli łodzi motorowej ze śrubą na długim wysięgniku, docieramy do rybackiej wioski Islamskiej.

Mimo dużej popularności wśród odwiedzających te rejony podróżników, nie prezentuje się ona zbyt okazale. Również życie jej mieszkańców nie wygląda kolorowo.




A może to tylko fasada? Może w obitych blachą brudnych domach, za zasłoną wiszących szmat i płacht lenteksu kryją się luksusowe wnętrze pełne wszelkich dóbr i zaawansowanych darów rozwiniętej cywilizacji?


Może rybak rozplątujący sieci na progu domu, przypominającego raczej szopę na narzędzia, jest jedynie aktorem odgrywającym swoją rolę przed turystami?

Czy ten widok to tylko dekoracja?

Niestety, tutaj toczy się normalne życie. Szczęśliwe, czy nie, trudno ocenić spoglądając na nie z zewnątrz, przez pryzmat własnego otoczenia i wychowania.


Spacerując ulicami wioski spotykamy dziewczynkę, która zobaczywszy nas, całkiem dobrze mówiąc po angielsku, poprosiła, żeby chwilę poczekać i pobiegła znikając w jednej z przecznic.

Za chwilę pojawiła się z udomowionym gibbonem na ręku. Zrobiłem jej oczywiście kilka zdjęć, po czym dziewczynka przekazała nam małpkę, bo ta "chciała się zaprzyjaźnić".

Masami, mimo przerażenia, które na zdjęciu wygląda jak euforyczna radość, też zajęła się zwierzątkiem.
Kiedy zdjęcia zostały zrobine, dziewczynka odebrała małpkę i wyciągając dłoń zażądała 300 THB. Uśmiechnąłem się i dałem jej dziesięć razy mniej, co i tak jest dość wysokim datkiem w takich okolicznościach.
Dziewczynka zrobiła kwaśną minę, ale przyjęła pieniądze. Z żalem, bo od Japońskich turystów, bardziej podatnych na "naciąganie", pewnie wywalczyłaby żądaną sumę.

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








