Krabi jest półwyspem, jednak panująca tu beztroska atmosfera przypomina mi bardziej odizolowane częściowo od chaosu życia codziennego, odwiedzone wcześniej wyspy.

Przypadek nieprzygotowanego "lądowania" na Koh Chiang (odcinek XI) powinien nauczyć nas lepszego przygotowania taktycznego, jednak brak dostatecznej ilości czasu w połączeniu z radością odkrywania świata metodą "na żywca", zwyciężyły i tym razem.
Po opuszczeniu autobusu w centrum miasta, rozglądając się bezradnie wokół siebie wystawiliśmy się na żer niechcianym "pomocnikom". Zamierzamy sami decydować o swoim losie i nie dawać się prowadzić na smyczy lokalnym "cwanym gapom".
Po kilku przejściach z jednej strony ulicy na drugą i z powrotem, udaje się nam ustalić pożądany kierunek.
Przez cały czas staramy się przekonać sympatycznych mieszkańców miasta (którzy dla nas, wycieńczonych podróżą i brakiem snu, przyjmują postać natrętnych naciągaczy), że damy sobie radę i że nie potrzebujemy, aby zaprowadzono nas do hotelu.
Po dłuższej chwili zatrzymaliśmy songaew'a, którego kierowca zobowiązał się zabrać nas na wybrzeże. Niestety rozmyślił się i wysadził nas kilka przecznic dalej.
Resztę drogi pokonujemy kolejnym ośmioosobowym songaew'em wraz z siedemnastoma innymi osobami różnych narodowości, z przewagą mieszkańców miasta.
Jak wspomniałem wcześniej, w południowej części Tajlandii spotkać można wielu ludzi o wyznaniu islamskim. Jednym ze znamiennych dla tej mniejszości elementów kultury są roti, naleśniki przygotowywane na sposób nieco inny, niż te, które doskonale znamy.

Roti robione i sprzedawane są zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety, choć na Krabi, zajmujących się tym mężczyzn nie zauważyłem.

Ciasta nie wylewa się na patelnię, ale przygotowuje wcześniej w formie miękkich i elastycznych kulek, które przed usmażeniem rozciągane są na blasze do postaci cienkiego (prawie przezroczystego) placuszka.

Po wstępnym podsmażeniu na płaskiej, posmarowanej tłuszczem blasze, na cieście układa się rozmaite dodatki. Mogą to być warzywa, jajka, ser, szynka, kiełbasa, kurczak, a nawet ziemniaki czy tuńczyk. W wersji słodkiej używa się bananów z czekoladą oraz innych owocowych kombinacji.


Powiem krótko - to jest pyszne!!!
Niełatwo było znaleźć to miejsce. Informację o Jaskini Tygrysiej wraz z prostą mapką, znaleźliśmy w naszym miejscu zakwaterowania. Aby dotrzeć do celu, przejechać trzeba było dość długą drogę, dlatego skuter po raz kolejny okazał się niezastąpiony.
Zgodnie z wyrysowanym planem, z głównej drogi skręcić należy w lewo, w trzecią przecznicę od głównego skrzyżowania. Okazało się jednak, że na naszej mapce pominięto dwie drogi odbijające od głównej przed właściwym zakrętem.
Wszelkie próby nawiązania kontaktu z miejscową ludnością spełzły na niczym. Nikt z napotkanych ludzi nie mówił po angielsku, my zaś oczywiście nie potrafiliśmy porozumiewać się w ich rodzimym języku.

Tajlandczycy będąc z natury ludźmi uczynnymi, z uśmiechem na twarzy wskazywali nam kierunek, który, jak się później okazało, był całkowicie niewłaściwy. Obie fałszywe drogi przejechaliśmy niemalże do końca, czyli do miejsca, gdzie znikały w lesie.

Po dłuższych poszukiwaniach udało się jednak trafić do miejsca, z którego widać już było szukaną przez nas górę, zwieńczoną posągiem Buddy. Tam trzeba będzie wejść!

U jej podnóża znajduje się właściwa świątynia, w której wierni modlą się i składają ofiary.

W szklanej gablocie od lat zasiada bardzo cierpliwy mnich. Całymi dniami i nocami nie zmienia pozycji, nie opuszcza swojego siedziska i nie mruga oczami. Być może dlatego, że wykonano go z wosku.


Buddyści składają ofiary będące w ścisłym związku z życiem doczesnym. Wynika to z ich religii i jest całkowicie zrozumiałe. Z drugiej strony warto zastanowić się, do czego Buddzie potrzebne są zabawkowe samochodziki?

Wydawać by się mogło, że na zdjęciu widoczny jest podstawowy zestaw wyposażenia gospodyni domowej. Nic podobnego. Takie i inne paczki gotowe do złożenia w ofierze nabyć można było w ulokowanym na terenie świątyni sklepie spożywczym.

U stóp góry roi się od małp. Przyzwyczaiły się one do turystów karmiących je bananami.

Tubylcy radzą, aby wszystko, czego nie zabiera się ze sobą, ukryć w bagażniku lub zabezpieczyć w inny sposób. Małpy w poszukiwaniu jedzenia zdolne są zabrać wszystko, co im wpadnie w łapy.

U podnóża góry rozpoczynają się stopnie wiodące na sam szczyt. Jest ich... 1237. Według informacji turystycznej podejście trwa około godziny. Masami źle się czuje, więc uzbrojony w trzy batoniki czekoladowe i dwie butelki wody mineralnej przypuszczam samotny atak.

Odprowadzają mnie małpy, które za nic mają ochronę środowiska naturalnego. Ponoć porozrzucane wokół śmieci to ich sprawka.


Stopnie są bardzo strome (w wielu miejscach tak strome, jak te na zdjęciu). Postanawiam wejść na górę bez zatrzymywania się, marszowym krokiem, choćbym finiszować miał na kolanach.
Batoniki przyswojone zostały natychmiast, woda również, choć ta wydalona została natychmiast przez skórę. Mimo to udało się osiągnąć szczyt w pół godziny.

Na górze czekała mnie wspaniała nagroda - widok, który zdjęcia oddają jedynie powierzchownie.
Nie zamierzam zakłócać wrażeń niepotrzebnymi komentarzami. Spotkamy się wkolejnym odcinku!










Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









