Nasza wizyta w Tajlandii dobiega końca. Ostatni etap obejmuje wizytę na wyspie Phi-Phi Don, gdzie kręcony był film "The Beach" ("Rajska Plaża"), z udziałem Leonardo Di Caprio.
Odstraszony skutecznie jego udziałem w filmie Titanic (którego obejrzenie w całości to nie lada wyczyn dla heteroseksualnego mężczyzny), przez długi czas omijałem tę produkcję z daleka.
W końcu film obejrzałem - okazał się całkiem przyzwoity.

Koh Phi-Phi to kilka wysp, a dwie największe to Phi-Phi Lee - o niej pisać nie będę, bo tam nie byłem (był za to Leonardo Di Caprio), drugą zaś, Phi-Phi Don, uznać można za enklawę backpakersów. Tutaj spędziliśmy trzy dni.

Ze względu na swoje położenie, wyspy narażone są na liczne kataklizmy. Jakby tego było mało, nieszczęśliwie przydarzają się tu i inne przykre wydarzenia, niemające związku z aurą.
Napis na sprzedawanych tu pamiątkowych koszulkach głosi:
WYSPA PHI-PHI, KRABI, TAJLANDIA
- 2001 - Alarm bombowy
- 2002 - SARS
- 2003 - Ptasia grypa
- 2004 - Tsunami
- 2005 - Trzęsienie ziemi

Phi-Phi są stosunkowo małe, dlatego i tym razem postanowiliśmy poszukać lokum dopiero po przybyciu na miejsce. Po kilku nieudanych próbach, znaleźliśmy w końcu hostel, który wydał się nam bardzo przyjemny, do momentu, gdy żądni pięknych widoków odsłoniliśmy zasłonę.

W 2004 roku wyspa zniszczona została w bardzo dużym stopniu przez tsunami. W 2005 roku trzęsienie ziemi dopełniło dzieła. Od tego czasu trwają tu nieustanne prace budowlane.
(O betonowym słupie, leżącym teraz na środku placu budowy powiem później, kiedy sam przypomni nam o swoim istnieniu.)

Wciąż jednak wiele miejsc, w których nie rozpoczęto jeszcze renowacji, przypomina o niszczycielskiej sile natury.
Znak ostrzegawczy umieszczony na plaży informuje:
"Strefa zagrożenia tsunami. W przypadku trzęsienia ziemi, uciekaj w głąb lądu lub wejdź na wyżej położony teren."

Jak zdradliwa wobec kruchej wysepki, otoczonej falami oceanu, może być pogoda świadczy przypadek nagłego jej załamania, który było nam dane obserwować. W jednej chwili niebo zasnuło się czarnymi chmurami, zaczął wiać bardzo silny wiatr, a z nieba lunęły strumienie wody.

Moja susząca się na balkonie pamiątkowa koszulka z Koh-Chiang, odfrunęła w nieznane zanim zdążyłem dobiec do drzwi!

Zanim opowiem więcej o wyspie, chciałbym wrócić do sposobu prowadzenia robót budowlanych w Tajlandii, o którym pisałem w odcinku XIII.
Powyższe zdjęcie zrobione zostało na Phuket - na parterze budowana jest tu restauracja, w której rolę filarów pełnić będą betonowe drzewa.

Warto jednak zwrócić uwagę na rusztowania, na których jedną nogą balansują robotnicy pracujący przy elewacji.

Jak widać, nikt specjalnie nie przywiązuje tu wagi do zasad bezpieczeństwa i higieny pracy. Po co komu to całe zamieszanie wokół przepisowych ubrań roboczych, kasków, czy ciężkich butów z metalowym czubkiem, skoro równie dobrze beton zbroi się w dresie, słomianym kapeluszu, czy "japonkach".


Kobiety pracują również i wcale nie wydają się być przygnębione z powodu wykonywania trudnego, męskiego zawodu.

Nadzór budowlany?

A oto i betonowy słup, o którym wspomniałem wcześniej. W dość nieprzekonujący sposób przymocowano go do łyżki koparki, aby przy jej pomocy posadowić go w odległości pół metra on naszego okna.
Przypuszczam, że operator koparki nie wziął pod uwagę ewentualności przewrócenia się go prosto na parę ciekawskich, podglądających jego pracę przez szparę w zasłonie.


Przyjrzeliśmy się pracy na budowie. Ktoś mógłby powiedzieć - przecież nie szkodzi, że panuje tu rozluźniona atmosfera, skoro wypadki się nie zdarzają, a praca wykonywana jest prawidłowo.
O wypadkach wiele powiedzieć nie mogę. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby z aparatem w ręku podejść do ścian, sufitów i drzwi.

Widzę tu dwie możliwości: bardzo niski standard prac wykończeniowych albo dzieło ślepego i pijanego malarza pracującego lewą nogą podczas ataku epilepsji.

Nie da się pomalować drzwi w ten sposób, pracując byle jak. Żeby osiągnąć widoczny tu efekt, trzeba się naprawdę postarać.

Pewnymi niedociągnięciami w posługiwaniu się językiem angielskim nikt się nie przejmuje. Mimo literówki przekaz jest dość klarowny.

Znacznie gorzej, jeśli zamiast lodów oferuje się nam "lodowy wrzask".
Zdjęcie umieszczone powyżej "lodowego wrzasku" przypomina mi o jeszcze jednym zjawisku, jakie zaobserwowałem na Phi-Phi.
Wiele jadłodajni w celu przyciągnięcia klientów organizuje pokazy filmów DVD. Celowo nie używam określenia "restauracja" - to zbyt wyszukana nazwa dla wnęki w budynku zaopatrzonej w kilka stolików przykrytych ceratą, gdzie kuchnia znajduje się w sąsiednim pomieszczeniu lub jest po prostu oddzielona od części jadalnej ladą.
Najczęściej wyświetlane filmy to: James Bond - The Man With The Golden Gun (Człowiek ze złotym pistoletem) i The Beach (Rajska plaża).
Moim zdaniem to całkiem udany pomysł - wielu ludzi znających i lubiących te filmy z chęcią obejrzy je w pobliżu miejsca, gdzie zostały nakręcone.

Z nieznanych mi przyczyn, Phi-Phi jest niebywale popularna wśród Koreańczyków i Żydów. Można powiedzieć, że część turystyczna wyspy podzielona została na dwie części, zasiedlone (tymczasowo oczywiście) w przytłaczającej większości przez przedstawicieli wymienionych narodowości.



Phi-Phi to dobre miejsce dla ludzi szukających plażowego lenistwa, chcących ponurkować, zrobić zakupy i poznać nowych ludzi, jednak podróżnik szukający egzotyki nie znajdzie tu raczej niczego ciekawego dla siebie.
Odstraszy go również liczba ludzi zebranych na niewielkiej stosunkowo powierzchni, nawet poza sezonem turystycznym (trudno mi wyobrazić sobie, jak to miejsce wygląda w jego środku).
My nie zamierzaliśmy pozostawać tu zbyt długo, tym bardziej, że przewlekły i powracający od kilku dni ból głowy nie pozwolił Masami cieszyć się pięknem wyspy.
Ze względu na brak klimatyzacji oraz hałasy za oknem, niesprzyjające wypoczynkowi, przenieśliśmy się do hotelu o nieco wyższej jakości.


Stan zdrowia Masami znacznie się pogorszył, trudno było też ustalić przyczyny choroby. Konieczna okazała się wizyta w szpitalu. Lokalna placówka nie była jednak w stanie udzielić właściwej pomóc, dlatego zaraz po powrocie do Bangkoku, udaliśmy się do szpitala.

Po raz ostatni skorzystaliśmy z usług tajskiej kolei. Na zdjęciu widoczny jest przedział towarowy.


Po powrocie do Bangkoku, niezwłocznie znalazłem odpowiednie miejsce, szpital Praram 9 (99 Soi Praram 9, Huay Khwang, Bangkok 10320), który okazał się nowoczesną placówką, przygotowaną na przyjmowanie cudzoziemców.
Wspaniałe wyposażenie i znakomita obsługa mają oczywiście swoją cenę, jednak w takich okolicznościach nikt raczej nie myśli o pieniądzach...

Lekarz, do którego nas skierowano, mógł pochwalić się dyplomem uzyskanym w Tajlandii, ale również w Stanach Zjednoczonych i w Japonii. Posługiwał się też językiem japońskim, co znacznie ułatwiło diagnozę.

Ogólne osłabienie i zatrucie żołądkowe wymagało podłączenia pod kroplówkę i spędzenia nocy w szpitalu. Na szczęście, po takiej kuracji wszystko wróciło do normy.

Szkoda, że ta wspaniała przygoda trwała tak krótko. Aby poznać i zrozumieć kraj tak inny od tego, w którym się urodziliśmy i wychowaliśmy, potrzeba znacznie więcej czasu, niż kilka tygodni. Tajlandia to wspaniałe miejsce - jestem pewien, że kiedyś jeszcze tam powrócę.
A teraz czeka nas kolejna przygoda - wyprawa do Japonii!
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








