Koszt bezpośredniego przelotu z Polski do Wientamu jest znacznie wyższy niż połączenie dwóch lotów na trasie: Polska-Bangkok-Hanoi.
Ten ostatni odcinek obsługują linie Vietnam Air oraz Air Asia.

Wadą takiego połączenia jest konieczność przejścia kontroli paszportowej w Tajlandii, odebrania bagażów i oddania ich ponownie w celu kontynuowania podróży. Do tego będziemy potrzebować tajskiej wizy.

Na szczęście do marca 2010 są one przyznawane bezpłatnie - zarówno w warszawskiej ambasadzie Tajlandii jak i na lotnisku w Bangkoku.

W związku z opóźnieniem lotu, do Bangkoku przybywamy ok. godziny 15:00, czyli na dwie godziny po teoretycznym odlocie naszego samolotu do Hanoi. Szczęśliwie on też okazuje się spóźniony.
Chcąc zdobyć wietnamską wizę w Polsce, należy liczyć się z koniecznością odwiedzenia stolicy i pozostania tam przez kilka dni do czasu jej wydania. Nie sposób załatwić tego korespondencyjnie.

Dlaczego?
- W Internecie podane są sprzeczne adresy pocztowe ambasady.
- e-maile wysłane na każdy z kilku adresów pozostają bez odpowiedzi.
- Niezmiernie trudno jest się dodzwonić do Ambasady (kilka przekierowań).
- Pani mówiąca łamaną polszczyzną znalazła się tam chyba przypadkowo. Na pytania dotyczące wymagań co do uzyskania wizy odpowiada "nie wiem", a na moje sugestie w temacie - "chyba tak".
- Ambasada nie ponosi najmniejszej odpowiedzialności za paszport przesłany za pośrednictwem kuriera.

Po wypełnieniu odpowiedniego formularza i wniesieniu opłaty, wizę odbiera się w biurze na lotnisku, już w Wietnamie.

Znalezienie taniego i przyzwoitego kwaterunku nie stanowi żadnego problemu. Czasem jednak wymaga odwiedzenia dwóch lub trzech hoteli zanim zapadnie decyzja co do tego, który z nich jest najkorzystniejszy.

Zupę pho serwuje się najczęściej bezpośrednio na ulicy. Nie sposób wyobrazić sobie lepszego śniadania, w dodatku prawie za darmo.


Ulice Hanoi od rana do późnego wieczora wypełnia gwar. Miejski harmider ustaje w godzinach południowych, kiedy temperatura staje się nieznośna nawet dla tubylców.

Wietnamczycy to romantyczny naród. Co wieczór tysiące nastolatków obdarowuje swoje ulubienice wielkimi bukietami kwiatów lub kolorowymi balonami.

Gwarancją udanego wieczoru jest wolne miejsce na jednej z ławek wokół jeziora Hoan Kiem. Skuterowi plejboje szepczą tu swoim wybrankom czułe słówka w świetle iluminowanej pagody.

W międzyczasie kobieta paląca dary wotywne na ulicy wierzy, że ofiara przyniesie szczęście i powodzenie jej rodzinie.


Hydraulik, murarz, elektryk... wizytówki przybierają tu oryginalną formę.

Uliczne jadłodajnie działają do bardzo późnej pory. Nadchodzi jednak czas sprzątania.

Targowisko opustoszało tylko na kilka godzin. Handlarze zaczną wykładać swoje towary przed świtem.

Nadzwyczaj chętnie (czasem zbyt chętnie) oferujący swe usługi rikszarze często nie wracają do domu na noc. Spędzają ją drzemiąc w swojej rikszy.

Podstawą ulicznej kuchni są wkłady węglowe. Raz zapalone tlą się oddając ciepło długimi godzinami.

A'propos ulicznej kuchni...
Tylko wybrane restauracje serwują psie mięso. Nie jest ich wiele. Ten piesek jest na szczęście zbyt mały, żeby trafić do garnka.

Opium palone w fajce wodnej to dość popularna używka. Znacznie bardziej powszechna niż papierosy.



Nie przypuszczaliśmy, że spotkamy Polaków już na początku naszej podróży.

Razem delektujemy się pyszną sałatką z peklowaną wołowiną w specjalnej zalewie, z miętą i orzechami.

Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.









