Niewielkie miasto Sa Pa oficjalnie pojawiło się na mapie Wietnamu w latach 80'tych XIX wieku, kiedy francuskie wojska uczyniły z tego rejonu miejsce wypoczynku.

Swoją ostoję znaleźli tutaj również francuscy misjonarze.

Położone blisko chińskiej granicy piękne terytorium, zamieszkują w głównej mierze mniejszości etniczne (Flower H'mong, Black H'mong, Yao, Tay, Giay), co czyni je bardzo urozmaiconym kulturowo.
Podobnie, jak w Bac Ha i tutaj cotygodniowo (we wtorki) odbywa się targowisko.

W centrum miasta dominują zabudowania w stylu kolonialnym. Im dalej od niego, tym więcej spotkać można tradycyjnych wietnamskich domów.

I tutaj udaje się znaleźć dobre i tanie lokum. Urozmaiceniem jest panorama gór Fansipan za oknem.


Świnka jedzie "na gapę" z butelką swojej własnej krwi pod pachą. Prawdopodobnie dość szybko zmieni właściciela, po czym równie szybko znajdzie się w wielu różnych żołądkach.

Z tym samym losem spotkają się liczni najlepsi przyjaciele człowieka, którzy mieli nieszczęście urodzić się w kraju, gdzie psie mięso nikogo w "ząbki nie kłuje".

Kurczaki wyciągają łapki w górę. Jeśli jest to desperackie wezwanie pomocy, to następuje zdecydowanie zbyt późno.

Wokół Sa Pa znajduje się kilka wiosek, mniej lub bardziej przypominających skanseny, gdzie miejscowa ludność z pomocą rządu zachowuje ich tradycyjny wygląd. Niestety kosztem autentyczności - nie można mieć wszystkiego na raz.

Schodzimy do pobliskiej Cat Cat, pięknie położonej w przyległym wąwozie.



Nie przejdziemy przez most bez opłacenia myta, pobieranego przez dwie bardzo małe dziewczynki, z jeszcze mniejszym rodzeństwem na plecach.

W krajach azjatyckich odpowiedzialność szybko wypiera beztroskę z dzieciństwa.

Po drodze napotykamy bawołu wodnego...

...który towarzyszy nam aż do opuszczenia wioski. Umazany błotem kroczy majestatycznie pokazując drogę.

Skwer w centrum miasta służy przedstawicielom miejskiej ludności do upłynniania swoich wyrobów. Poza tutejszymi odpowiednikami plastikowego Jana Pawła II z Częstochowy można tu kupić oryginalne góralskie wyroby wysokiej jakości.

Kobiety Black H'mong, oferują przepięknie haftowane tkaniny w kolorze indygo.

Młode dziewczęta, tak jak miliony ich rówieśnic z całego świata, sprawiają wrażenie znudzonych wiejskim życiem. Pewnie marzy im się kariera w wielkim mieście.

Nieopodal placu dumnie wznosi się kościół katolicki. Choć skromny, kapłan czyniący tu swoją posługę na brak środków do życia z pewnością nie narzeka.



Jeśli przyjdzie nam ochota, żeby spojrzeć na miasto z wysokości kilkuset metrów, nic prostszego. Udajemy się do ogrodu botanicznego i wspinamy tak wysoko, jak to tylko możliwe.


U podnóża góry witają nas sprzedawcy oferujący niecodzienne produkty. Mogą być to suszone penisy (nie mam pewności, z jakiego zwierzęcia pochodzą)...

...lub korzeń Żeń-szeń.

Wino z niespodzianką w postaci marynowanych koników morskich, kobry, skorpionów lub gekonów. A wszystko to o cudownym i całkowicie sprawdzonym pozytywnym działaniu na potencję, rzecz jasna.

Nabrawszy apetytu na egzotyczne specjały podążamy za naszymi nosami aż do miejsca, gdzie serwowane są potrawy z grilla. Nie znajdziemy tu kiełbasy ani boczku, za to całą mnogość innych mięs.

Między innymi smakołyk, który w menu figuruje pod nazwą "grillowany mały ptak". Tak mały, że bardziej przypomina ptasi embrion. Je się go razem z kośćmi, które są tak drobne, że chrupią, jak przysmażona skórka.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








