Na środek lokomocji na kolejnym etapie podróży wybieramy pociąg z "twardymi" miejscami sypialnymi.

Jak pisałem we wstępie, są one twarde tylko z nazwy - w rzeczywistości bardzo wygodne.

Menu serwowane przez obsługę pociągów jest niewyszukane, jednak w podróży nawet ryżowa papka z tłustym mielonym mięsem smakuje znakomicie.

Przemieszczamy się na południe i omijając mniej ciekawe miejsca lądujemy w Hue, które było stolicą Wientamu przez prawie półtora wieku (do roku 1945).

Miasto o wielowiekowej tradycji cesarskich rządów zdecydowanie różni się od mocno naznaczonego komunistycznym piętnem Hanoi.

Już od pierwszej chwili czujemy się, jak w zupełnie innym kraju - ulice są przestronne i czyste, ludzi i motocykli jest tu relatywnie bardzo mało.

I tutaj spotkamy bardzo częstą w tym regionie architekturę kolonialną. Choć od czasów nieco wymuszonej inspiracji zachodnim stylem sporo wody upłynęło w Mekongu, nowo powstałe budowle wciąż wzorowane są na znanych i sprawdzonych projektach.

Hue szczyci się budowlami sięgającymi w otchłań czasu znacznie dalej. Jednym z przykładów jest Hien Nhan będąca jednym z nienaruszonych w czasie wojny wietnamskiej wejść na teren Pałacu Cesarskiego.

Brama Południa (Cua Ngo Mon) to główne wejście do pałacu cesarskiego.

W nocy pałac mieni się dzięki malowniczemu oświetleniu, a na terenie wietnamskiego "zakazanego miasta" odbywają się liczne przedstawienia i prezentacje historycznych wydarzeń.




Duża część pałacu jest remontowana i przywracana do dawnej świetności, niestety znacznie większa pozostaje zniszczona i zaniedbana.

Bardzo zależy nam na obejrzeniu przedstawienia w teatrze na terenie kompleksu. Niestety jesteśmy w tym czasie jedynymi gośćmi. Warunek minimalnej liczby klientów nie zostaje spełniony - musimy obejść się smakiem.

Po chwili pojawia się grupa skandynawskich turystów. Próba namówienia ich na przedstawienie rozbija się o przewodnika, który prawie nie mówi po angielsku. Twierdzi, że nie ma czasu.
Skandynawowie chcieliby zobaczyć przedstawienie, ale nikt nie ma odwagi, by przekonać przewodnika do zmiany planów. Po chwili znikają.

Fosa zamieszkała jest przez japońskie karpie koi, które w pogoni za jedzeniem gotowe są tratować się nawzajem ku uciesze karmiących je turystów.

Zjawisko podniesienia atrakcyjności produktu poprzez nadrukowanie na nim jakiegokolwiek hasła to oczywiście znany i często wykorzystywany chwyt marketingowy. Co jednak miał na myśli chiński producent pisząc:

Podobnie, jak w Indiach, znaki drogowe produkowane są tu ręcznie. Do każdego artysta wniósł odrobinę swojego charakteru.

Jeszcze jedna odsłona pysznej zupy pho. Nie skłamię mówiąc, że to jedna z najsmaczniejszych potraw, jakie dane mi było w życiu skosztować. A w dodatku najtańszych.

Smoczy owoc (dragonfruit) przypomina kiwi smakiem, konsystencją i nasionami. Jest mniej kwaśny i bardzo smaczny.

Easy Rider to nie tylko tytuł kultowego filmu z udziałem Jacka Nicolsona. To również powszechnie przyjęta nazwa dla motocyklowych wycieczek prowadzących alternatywną drogą (w Wietnamie są tylko dwie), łączącą północ i południe kraju.
Może i jest "f...ing cool", ale liczyć się należy z możliwością poważnego nadwyrężenia części ciała przeznaczonej do siedzenia. Już kilka godzin na siodełku sprawia, że "rider" już nie jest taki "easy".


Żegnamy się z Hue. Krótki dystans dzielący nas od Hoi An przemierzamy autobusem sypialnym.

Rozwiązanie techniczne wnętrza takiego autobusu godne jest podziwu. Proste i wygodne - nogi schować można do wnęki umieszczonej z przodu siedzenia, a bagaż podręczny do podobnej, umieszczonej za siedzeniem.
Wszystkie zdjęcia za wyjątkiem oznaczonych inaczej, są własnością Autora. Wszelkie przetwarzanie oraz wykorzystywanie ich w celach komercyjnych bez zgody Autora jest zabronione.








